Falowanie i spadanie – tak można opisać nastroje na rynkach na dzień przed szczytem strefy euro. Wczoraj rano Europę obiegła informacja, że Grecji zostanie podarowane 60 proc. jej zobowiązań wobec prywatnych wierzycieli. Oznacza to, że instytucja, która zainwestowała w papiery dłużne Aten, straci nawet 80 proc. pieniędzy. Kilka godzin później z kuluarów popłynął sygnał, że w kolejce do bailoutu stoją Włochy. Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej zostanie uruchomiony, by zmniejszyć odsetki, jakie Rzym płaci za swe obligacje.

To nie koniec złych informacji. Włochy ogarnia coraz poważniejszy kryzys polityczny. Wczoraj przywódca Ligi Północnej Umberto Bossi zagroził, że opuści koalicję rządową, jeśli premier Silvio Berlusconi będzie upierał się przy przesunięciu wieku emerytalnego do 67 lat (dziś Włosi mogą przestać pracować nawet w wieku 58 lat, jeśli mają 40-letni staż). Plan Berlusconiego jest tymczasem warunkiem odzyskania przez Rzym wiarygodności.

Równie duże wrażenie na inwestorach robią informacje dotyczące umorzenia greckiego długu. Domaganie się od banków 60 proc. strat to sukces rządu niemieckiego. Kanclerz Angela Merkel przekonuje, że to banki komercyjne muszą ponieść maksymalnie duży ciężar strat spowodowanych niewypłacalnością Grecji, nie podatnicy. Francja, popierana przez MFW i EBC, opowiadała się za mniejszą skalą odpisu. Prezydent Sarkozy ostrzegał, że tak duże straty banków mogą wywołać panikę na rynkach finansowych i niekontrolowaną wyprzedaż akcji instytucji finansowych. Ostatecznie zgodził się ze stanowiskiem Niemiec, choć pod warunkiem że banki zaakceptują tak duże koszty. To jest możliwe, bo alternatywą może być niekontrolowane bankructwo Grecji, którego konsekwencje byłyby poważniejsze.

W lipcu banki zgodziły się na zamianę posiadanych obligacji na 30-letnie, niżej oprocentowane bony skarbowe, co oznaczało dla nich spisanie na straty 21 procent nominalnej wartości bonów skarbowych. Nowy plan nie zakłada żadnej rekompensaty. Dlatego rzeczywista skala strat dla banków wynosi nie 60, ale 75 – 80 proc.Na razie banki nie chcą o tym słyszeć. Zgadzają się na stratę odpowiadającą 40 procentom inwestycji w grecki dług. – Są granice tego, co można uznać za dobrowolne wyrzeczenie – ostrzega Charles Dallara, szef Instytutu Finansów Międzynarodowych.

Jeśli banki nie zgodzą się na narzucone im straty, zaprzestanie obsługi długu przez Grecję będzie uznane za bankructwo (credit event). A to może oznaczać, że przez bardzo wiele lat władzom w Atenach nikt już nie zechce pożyczać i grecka gospodarka będzie funkcjonowała tylko dzięki pomocy Brukseli. Porozumienie powinno zostać osiągnięte dziś.

Redukcja zobowiązań Grecji o 60 proc. nie rozwiązuje problemu

Andre Sapir, ekonomista Instytutu Bruegla w Brukseli

Nawet jeśli banki zgodzą się na spisanie na straty 60 proc. nominalnej wartości obligacji Grecji, wcale nie musi to oznaczać rozwiązania problemów finansowych kraju. Głównym powodem jest to, że najwięcej obligacji Grecji kupiły same banki greckie. I teraz poniosą one tak ogromne straty, że bez pomocy państwa będzie im groziło bankructwo. Tyle że Grecji nie stać już na wydawanie dziesiątków miliardów euro na pomoc dla swoich banków. Nie ma skąd takich środków wziąć, a nawet jeśli by je pożyczyła, to ponownie wpadnie w pętlę zadłużenia.

Osiągnięcie porozumienia z bankami pozwoliłoby natomiast Grecji na uniknięcie losu Argentyny, która w 2001 roku bez ostrzeżenia przestała spłacać swoje zobowiązania. Dopiero po wielu latach, aby ponownie mieć dostęp do rynków finansowych, podjęła rozmowy ze swoimi wierzycielami w celu uzgodnienia częściowych odszkodowań. Grecja postąpiła dokładnie odwrotnie. Choć wszyscy od wielu miesięcy wiedzą, że kraj nie udźwignie zobowiązań, które w przyszłym roku wyniosą 180 proc. PKB, Grecja wciąż honoruje swoje zobowiązania. Jednocześnie prowadzi negocjacje, które mają doprowadzić do porozumienia w sprawie kosztów obniżenia długu do poziomu, który byłby możliwy do spłacenia.

Polsce koncepcja niemiecka nie zaszkodzi. Obawiać się należy pomysłów francuskich

Witold Orłowski, ekonomista

W interesie Polski leży w większym stopniu koncepcja uratowania strefy euro, jaką forsują Niemcy, a nie Francja. W uproszczeniu sprowadza się ona do tego, aby narzucić surowe warunki finansowe dla wszystkich krajów Unii. Paryż wolałby natomiast przełamać kryzys poprzez utworzenie nowych instytucji, które na stałe wyodrębniłyby kraje strefy euro od innych państw Unii.

Polska nie powinna mieć większych trudności z przestrzeganiem regulacji fiskalnych. Nasz kraj ma natomiast wiele przewag konkurencyjnych w stosunku do zachodniej Europy i jeśli wszystkich będą obowiązywały takie same reguły gry, to wówczas nasz gospodarka może lepiej się rozwijać.

Zasadna jest także niemiecka koncepcja wymuszenia na bankach poniesienia największej części kosztów niewypłacalności Grecji. To bowiem lekcja dla tych, którzy przez lata pożyczali Grecji, mimo iż było wiadomo, że jest to kraj o coraz bardziej wątpliwej stabilności finansowej. Niemiecka koncepcja jest też wyrazem szacunku dla pieniędzy podatników. We Francji panuje natomiast przekonanie, że państwo może w absolutnie dowolny sposób wykorzystywać pieniądze, jakie uzyskało z przychodów fiskalnych.