Zagraniczne koncerny naftowe oraz ich pracownicy wyjechali z Libii po wybuchu w lutym zbrojnego powstania przeciwko dyktaturze Kadafiego. Wydobycie ropy naftowej, głównego bogactwa tego kraju, spadło o 97 proc. do zaledwie 45 tys. baryłek dziennie w sierpniu. W miesiąc później produkcja już podskoczyła do 100 tys. baryłek dziennie, ale obecne libijskie władze liczą na jej zwiększenie do 1,7 mln baryłek dziennie w okresie piętnastu miesięcy.

„Dla tymczasowego rządu to koniec starej epoki i początek nowej, ale dla zagranicznych firm naftowych kluczową sprawą pozostają stabilności i powrót bezpieczeństwa” – mówi Daniel Yergin z IHS-CERA. Jest nieco „przedwcześnie”, aby zakładać, że śmierć Kadafiego zachęci do powrotu pracowników sektora naftowego, którzy uciekli podczas ośmiu miesięcy konfliktu – wtóruje Edward Morse z Citigroup Global Markets.

„Nie wiadomo, gdzie jeszcze znajdują się punkty oporu i jak długo to potrwa oraz ile czasu tymczasowej ekipie zajmie zdobycie legitymacji prawnej i umocnienie władzy. To przecież kraj rozczłonkowany i trawiony plemiennymi podziałami” – dodaje Morse.

Nuri Berruien, prezes państwowego koncernu naftowego National Oil Corp., oczekuje, że wkrótce znowu pojawią się zagraniczni partnerzy, w tym Halliburton Co., Schlumberger i Baker Hughes. Ale szef Haliburtona David Lesar nie dalej jak w poniedziałek studził nastroje zapowiadając, że wznowienie operacji w Libii przez koncern jest możliwe w ciągu kilku najbliższych kwartałów.

Brytyjski bank Barclays podtrzymał swoją prognozę, że Libia przywróci pod koniec roku produkcję do 600 tys. baryłek dziennie, ale podziały w Tymczasowej Radzie Narodowej (NTC) mogą zwolnic proces odrodzenia przemysłu naftowego. „Kwestie bezpieczeństwa są najważniejsze…Nie sądzę, aby sytuacja w terenie uległa gruntownej zmianie. Nadal problemem są szabrowania i zniszczenia pól naftowych, zatem wszystko sprowadza się do NTC, władz przejściowych oraz do tego, co one zrobią” – uważa Amrita Sen, analityk branży rezydujący w Londynie.