Najwyższe zyski spośród detalicznych obligacji skarbowych dają papiery 10-letnie (można je kupić na rynku Catalyst). W bieżącym okresie odsetkowym dają one kupon w wysokości 5,75 proc. Sporo mniejsze, bo 5-proc. odsetki zapewniają obligacje 4-letnie, a trzylatki – tylko 4,54 proc. Najłatwiejsze do nabycia dla osób fizycznych dwuletnie papiery detaliczne przynoszą zaledwie 4,5 proc. To znacznie mniej, niż można uzyskać na dobrych lokatach w bankach.

Na tle papierów skarbowych o wiele atrakcyjniej wyglądają obligacje korporacyjne. Spośród notowanych na rynku Catalyst walorów bez trudu można znaleźć takie, których oprocentowanie w skali roku przekracza 10 proc., a najatrakcyjniejsze, jak obligacje spółek Navi Group, IIF czy Best, mają kupony powyżej 13 proc. To nawet 3 razy więcej niż dłużne papiery skarbowe.

Ale zakup obligacji korporacyjnych nie jest rzeczą prostą. W zasadzie nie jest to możliwe w trakcie pierwotnej oferty, która jest kierowana do wąskiego grona osób. Na rynku wtórnym zaś utrudnieniem jest niska płynność powodująca, że koszt transakcji jest wysoki. – Każdy papier na Catalyst można kupić, bo wszystkie mają swoich animatorów. Problemem jest wysoki spread, wynoszący nawet 2 punkty procentowe – mówi Emil Szweda, analityk Noble Securities. Dodaje, że w przypadku papierów 10-letnich czy dłuższych nie ma to wielkiego znaczenia. Jednak gdy kupujemy obligacje 2-letnie, oprocentowane np. na 10 proc., taki spread mocno zmniejsza zyskowność inwestycji. Tylko na kilku papierach obrót jest większy, a koszty transakcyjne niższe. Mowa o obligacjach Prime Car Management czy dewelopera Gant.

Mimo wysokiego spreadu ulokowanie kapitału w obligacjach przedsiębiorstwa z kuponem wynoszącym kilkanaście procent będzie zyskowniejsze niż zakup papierów skarbowych. Wiąże się to jednak z większym ryzykiem, bo prawdopodobieństwo bankructw firm w okresie spowolnienia gospodarczego rośnie.

Lepiej też unikać kupowania obligacji korporacyjnych na rynku Catalyst pod koniec roku. Powodem są podatki. Przy zakupie obligacji płaci się cenę nominalną, do której dolicza się część odsetek – tym większą, im większa część roku upłynęła. Jednak inwestorzy nie biorą pod uwagę podatku Belki, który trzeba naliczyć od wypłacanych odsetek. W rezultacie osoba fizyczna, która kupi pod koniec roku takie obligacje i otrzyma odsetki, może zapłacić podatek większy od rzeczywistego zysku.

Na obligacjach mogą zarobić też spekulanci, kupując papiery taniej, a sprzedając drożej. Eksperci odradzają jednak stosowanie takiej strategii przy obligacjach korporacyjnych, których ceny wahają się niewiele. Tak można grać na hurtowych obligacjach skarbowych. Jednak zdaniem analityków ze spekulacyjnym zakupem papierów skarbowych lepiej się wstrzymać.

porada eksperta

Krzysztof Stępień

dyrektor inwestycyjny Opera TFI

W obecnej sytuacji inwestorom zamierzającym zarobić na wzroście cen polskich obligacji radziłbym wstrzymać się z ich zakupem kilka tygodni. W świetle spływających danych makroekonomicznych należy sądzić, że globalna gospodarka nadal zwalnia, co nie służy aktywom postrzeganym jako ryzykowne, takim jak m.in. obligacje z rynków wschodzących. Choć jest szansa, że Stanom Zjednoczonym uda się uniknąć głębszej recesji, to spowolnienie będzie przekładać się na pogorszenie wyników firm. Realne jest więc zagrożenie pojawieniem się kolejnej fali wyprzedaży akcji, surowców i innych aktywów ryzykownych, która może doprowadzić do przełamania dołków z początku października.

Istotnym czynnikiem wpływającym na postrzeganie naszych obligacji jest kondycja złotego. Inwestorzy pamiętają, że w przypadku gdyby wspólna waluta podrożała do ponad 4,50 zł, pojawi się ryzyko przekroczenia przez nasz kraj kolejnego progu zadłużenia publicznego w stosunku do PKB. Potrzeba też czasu na stwierdzenie, że podejmowane w Europie działania mające przeciwdziałać kryzysowi zadłużeniowemu będą skuteczne. Trudno więc liczyć, aby w krótkim terminie globalni inwestorzy lepiej zaczęli postrzegać kraje Unii Europejskiej.