Do podwyżek zmusza producentów osłabienie naszej waluty wobec euro. To w tej walucie większość polskich oddziałów zagranicznych firm rozlicza się z centralami. Najbardziej zdrożały japońskie Subaru. Za każdy z modeli trzeba zapłacić teraz średnio o 6 tys. zł więcej. Najbardziej popularny obecnie w tej sieci model Subaru Forester kosztuje 130 tys. zł. Byłoby jeszcze 6 tys. drożej, gdyby importer marki nie zdecydował się wziąć części kosztów na siebie.

– Wcześniej ceny kalkulowaliśmy przy euro na poziomie 4 zł. Teraz przyjmujemy kurs 4,2 zł. 20 groszy dopłaca nam importer – przyznaje Piotr Rajski z warszawskiej firmy Subaru A. Koper.

Ceny podwyższył też Volkswagen, ale zaledwie o 1 proc., i to niezależnie od modelu czy wyposażenia auta. Z kolei w Toyocie wyższy kurs euro widoczny jest jedynie we wzroście dopłaty za lakier metalik. W Carolina Car Company w Warszawie wzrosła ona na razie o 200 zł.

Ze względu na kurs cenniki zrewidował też Fiat. Ceny poszły w górę o 1000 – 1500 zł. Tyle że zaraz włoski importer wprowadził promocyjne rabaty – kilka tysięcy złotych na każdy z modeli.

Andrzej Halarewicz, szef polskiego oddziału JATO Dynamics, firmy monitorującej rynek motoryzacyjny, zwraca uwagę, że koncerny z jednej strony zmuszone są do podwyżek, a z drugiej muszą szybko wprowadzić promocje. – Żeby przynajmniej utrzymać sprzedaż nowych aut na dotychczasowym poziomie – mówi Halarewicz.

Producenci obawiają się bowiem dużego spadku na rynku w ostatnim kwartale.

– Niepokojące jest to, że w drugiej połowie września w salonach nie było tylu klientów indywidualnych, ile zazwyczaj przybywało do nich w poprzednich latach – mówi Łukasz Paździor, szef Mazdy w Polsce.

Jak twierdzi, Mazda na razie nie planuje zmian w cenniku. Podobnie zachowują się czterej inni czołowi sprzedawcy: Skoda, Ford, Peugeot i Renault. Ta ostatnia firma wręcz idzie w drugą stronę. W nowych cennikach pojawiają się kilku-tysięczne rabaty. Nowe Renault Megane można już kupić w warszawskim salonie firmy za niecałe 48 tys. zł. Konkurencyjny Opel Astra IV kosztuje 10 – 15 tys. zł więcej. Przedstawiciele branży jednak nie kryją, że jeżeli euro utrzyma niski kurs wobec złotego, to dojdzie do podwyżek.

– Patrzymy uważnie na ruchy konkurencji. Jeżeli oni podwyższą ceny, my też o tym pomyślimy – mówi Andrzej Żelazny, szef polskiego oddziału Chevroleta.

Jednak Łukasz Gębski, szef autosalon24.pl, nie ma wątpliwości, że rewizje będą spore. – Z reguły importerzy kalkulowali kurs złotego na poziomie 4,05. Wczoraj euro kosztowało ok. 4,4 zł – mówi.

To, jak duże będą to podwyżki, zależy od kraju pochodzenia auta. W przypadku importerów aut z europejskim rodowodem ceny nowych aut mogą wzrosnąć od 7 do 14 proc. Są jednak firmy, które na kursach walutowych cierpią podwójnie. Chodzi o japońskie marki działające w naszym kraju. Subaru, Honda, Mazda czy Toyota tracą nie tylko przez osłabienie złotego do euro, ale też przez umocnienie jena do euro.

– Na razie robimy wszystko, żeby uniknąć podwyżek – zapewnia Robert Mularczyk z Toyota Motor Poland. To zwykle oznacza cięcie kosztów, ale firmy nie mogą oszczędzać w nieskończoność. Importerzy zdają sobie sprawę, że podwyżki – choć poprawią rentowność działalności – negatywnie wpłyną na i tak już wątły popyt. Rynek samochodowy jest od początku roku słabszy niż przed rokiem. W tym roku zarejestrowano w naszym kraju 6 proc. mniej aut niż rok temu.