W pogrążonym w kryzysie świecie budowa lotnisk pozostaje jednym z ostatnich dochodowych przedsięwzięć. Wszędzie słychać nie tylko o rozbudowie istniejących portów, lecz także o stworzenie nowych, często na niewyobrażalnie wielką skalę. Emirowi Dubaju nie wystarcza już ultranowoczesny terminal, który od przyszłego roku będzie w stanie jednocześnie przyjąć 20 jumbo jetów A-380. Koparki wjechały właśnie na plac budowy wielkości Paryża, na którym w ciągu 8 lat powstanie hub zdolny obsłużyć w ciągu roku 160 mln pasażerów. To prawie dwa razy więcej niż w zeszłym roku przewinęło się przez Atlanta International Airport, największe lotnisko świata.

Ale w 2020 roku Dubaj nie będzie już dzierżył palmy pierwszeństwa. Tę przejmie Pekin. Istniejące lotnisko, które powstało tuż przed olimpiadą w 2008 roku i jest tak duże, że jeden jego terminal ma większą powierzchnię niż wszystko, czym dysponują londyńskie porty Heathrow, Gatwick i Luton razem wzięte, pęka w szwach – tak szybko rośnie ruch powietrzny z i do chińskiej stolicy. Z 74 mln obsłużonych pasażerów port ustępował w zeszłym roku już tylko Atlancie. Jednak w bliskiej przyszłości i on będzie już tylko uzupełnieniem dla całkiem nowego huba pomyślanego dla 200 mln pasażerów rocznie, którzy będą korzystali aż z 9 pasów startowych.

Aby dotrzymać kroku swojemu sąsiadowi, a zarazem rywalowi, Indie w ubiegłym roku otworzyły w Delhi port, który skalą i nowoczesnością nawet w Azji nie ma sobie równych. Po raz pierwszy na świecie zainstalowano w nim system dystrybucji bagażu, który jest zdolny dostarczyć w ciągu godziny prawie 13 tys. walizek. Na razie lotnisko jest w stanie obsłużyć 70 mln pasażerów rocznie, ale już powstają plany rozbudowy. – Pasażerowie, którzy lecą z Europy czy Ameryki do Azji, wcale nie muszą się przesiadać w Dubaju czy Frankfurcie. Mogą u nas – zachęca dyrektor portu Prabhakar Rao.

Rękawicę podjęła zmagająca się z długami Europa. W czerwcu przyszłego roku, zaledwie 70 km od naszej zachodniej granicy, zostanie otwarte całkiem nowe lotnisko dla niemieckiej stolicy – Berlin-Brandenburg International (BBI). Choć Niemcy mają już wielki hub (trzecim lotniskiem w Europie, po londyńskim Heathrow i paryskim Charles de Gaulle, jest Frankfurt), port powstający na miejscu NRD-owskiego Schoenefeld ma duże ambicje: został pomyślany dla 50 mln pasażerów rocznie, w tym takich, którzy zostali dowiezieni z mniejszych portów w zachodniej Polsce.

Ale i nasz kraj nie chce oddać tej walki walkowerem. Co prawda po zakończonej dwa miesiące temu budowie południowego skrzydła terminalu A stołeczny port wyprzedził o kilka długości konkurencję w Polsce, ale już w skali Europy z trudem mieści się w pierwszej pięćdziesiątce i jest wyprzedzany nawet przez takie regionalne lotniska, jak Stuttgart, Alicante czy Las Palmas de Gran Canaria. W ubiegłym tygodniu minister transportu Cezary Grabarczyk zapowiedział budowę od 2013 roku nowego – Centralnego Portu Lotniczego (CPL) między Warszawą i Łodzią. Dzięki połączeniu z siecią autostrad i szybkich kolei miałby on docelowo obsługiwać 40 mln pasażerów rocznie, awansując do europejskiej pierwszej ligi.

Mimo że zdecydowana większość lotnisk należy do władz publicznych, a te przeważnie są zadłużone po uszy, funduszy na budowę nowych portów nie brakuje, bo są one maszynkami do robienia pieniędzy – ruch lotniczy dynamicznie się rozwija. Co prawda w 2009 roku, zaraz po załamaniu banku Lehman Brothers, wzrost liczby pasażerów na świecie dostał zadyszki i urósł tylko o 2 proc., ale już w 2010 nastąpiło odbicie – wzrost o 8 proc., a i w tym roku jego tempo będzie bardzo przyzwoite – 6 proc. – Pasażerom nie są straszne ani rewolucje na Bliskim Wschodzie, ani zadłużenie krajów europejskich, ani wysokie ceny paliw, ani wybuch wulkanu na Islandii. Ich liczba będzie rosła, bo jest to wynik fundamentalnej przemiany globalnej gospodarki czyli globalizacji – mówi „DGP” Cheryl Marcell, ekspertka zrzeszającego 450 największych lotnisk stowarzyszenia Airports Council International (ACI).

Z opublikowanych właśnie przez Boeinga długoletnich prognoz ruchu lotniczego wynika, że już w 2030 roku samoloty na całym świecie przewiozą ponad 10 mld pasażerów, dwa razy więcej niż w 2010 roku. W tym samym czasie podwoi się – z 19,4 tys. do 39,5 tys. – liczba samolotów, które będą krążyły po niebie. Koncern z Seattle przewiduje, że niezależnie od tego, czy zbankrutuje Grecja i czy rozpadnie się strefa euro, czy Stany Zjednoczone ogłoszą niewypłacalność, czy Japonia znów wpadnie w recesję, globalny ruch powietrzny będzie stale rósł o 5 proc. rocznie, zapewniając portom lotniczym setki miliardów dolarów zysków.