Jedyny w Polsce tor, na którym można się ścigać zarówno pod dachem, jak i na wolnym powietrzu, został otwarty przed rokiem. Właściciele Kart Areny, wchodząc w ten biznes, mieli jednak świadomość, że na zwyczajnych klientach z ulicy dużo nie da się zarobić, bo koszty są spore, a konkurencja w stolicy i okolicach duża. Dlatego postawili na korporacje – organizowanie imprez integracyjnych i szkoleń.

Zainteresowane firmy muszą jedynie podać liczbę pracowników, resztą, tj. zorganizowaniem serii wyścigów i opieką nad uczestnikami np. w trakcie weekendu integracyjnego, w tym pełnym cateringiem, zajmie się Kart Arena. – Mamy nie tylko najdłuższy w kraju tor, ale także kilka sal konferencyjnych. Współpracujemy również z pobliskimi hotelami, zlokalizowanymi w promieniu kilku kilometrów, głównie w Konstancinie-Jeziornie – mówi Izabela Bieńko, współwłaściciel Kart Areny. Inwestorzy liczą, że w ciągu 5 – 6 lat odzyskają wyłożony kapitał.

Aby móc organizować wyścigi gokartowe, trzeba przebrnąć przez biurokratyczne wymogi, m.in. sanepidu i nadzoru budowlanego. Nie opłaca się budowa własnej hali, przedsiębiorcy starają się więc przystosowywać już istniejące obiekty, np. hale lub wielopoziomowe parkingi. Wraz z wyposażeniem toru w bandy daje to minimalny koszt rzędu 100 tys. zł.

Na torze powinno być minimum 10 gokartów. – Nowy kosztuje od 8 do 12 tys. złotych netto – mówi Andrzej Szczepanik, właściciel Tobikart, jedynego ich producenta w Polsce. Podobną kwotę trzeba wydać na zakup maszyn wyprodukowanych za granicą. Używanych nie opłaca się kupować, bo niższe koszty początkowe niwelują wyższe koszty eksploatacji.

Łączne koszty początkowe to zatem minimum 200 tys. zł, a przedsiębiorcy muszą ponosić także te bieżące, związane m.in. z serwisem sprzętu i utrzymaniem toru w należytym stanie. Taki biznes ma więc szansę zarobić na siebie, jeśli tor jest zlokalizowany w pobliżu miejsca o dużym natężeniu ruchu, np. blisko centrum handlowego. Kwadrans jazdy gokartem kosztuje od 20 do 45 zł, w zależności od mocy silnika i regionu kraju.

W Polsce działa 40 takich torów, z czego w Warszawie aż siedem. Zazwyczaj są zadaszone, jednak zdarzają się również obiekty na otwartych placach. W ten sposób funkcjonuje od czterech lat Formula M1 w Markach. Niezadaszony tor ma jednak jeden minus: może być czynny tylko od kwietnia do września.