Czterdzieści pięć kilometrów. Taką długość – w głównym nurcie oraz w obu kanałach, na które się rozgałęzia – ma Odra przepływająca przez Wrocław. Do tego dochodzą cztery rzeki, które uchodzą do niej w rejonie miasta: Widawa, Ślęza, Oława i Bystrzyca. Rzeka, jezioro, zalew i morze – różnorodność akwenów, nad którymi rozciąga się Szczecin, powoduje, że tylko trochę ponad 40 proc. miasta to zabudowa. Reszta – woda i mniej lub bardziej puste tereny nad nią położone. W miarę uporządkowany lewy i kompletnie dziki prawy brzeg Wisły w Warszawie to łącznie blisko 19 kilometrów. Dziś w większości niezagospodarowane.

Miliardy w wodę

Miasta, które do niedawna interesowały się swoimi akwenami co najwyżej wtedy, gdy podnosił się poziom wody i zaczynały pojawiać się groźby powodzi, odkrywają, że takie położenie to wcale nie dopust Boży, lecz wielka zaleta. Pojawiają się więc projekty i strategie marketingowe zagospodarowania nabrzeży i inwestycji w porty, bulwary czy mariny. Ogłosiło je w ostatnich latach kilkanaście większych, mniejszych i nawet tak małych, jak zaledwie 4,5-tysięczny Supraśl, ośrodków. – Wszyscy obserwujemy rozwój miast w Niemczech, we Francji czy w Skandynawii. Powszechny jest trend do rewitalizacji waterfrontów, czyli obszarów miejskich nad zbiornikami wodnymi – mówi „DGP” prezydent Szczecina Piotr Krzystek. – Polskie miasta też zaczęły wreszcie odkrywać, jakie atuty mają do wykorzystania – dodaje. Dziesięć z nich (Szczecin, Gdynia, Wrocław, Świnoujście, Warszawa, Bydgoszcz, Gryfino, Kołobrzeg, Kraków i Gorzów Wielkopolski) pod koniec września organizuje razem forum WaterFront, na którym chcą opracować wspólny plan powrotu nad akweny.

Polskie miasta o swoich rzekach i jeziorach zaczęły zapominać po II wojnie światowej. Niemcy, wycofując się z okupowanych terenów, niszczyli porty, palili mosty, zatapiali barki. Nowi, napływowi mieszkańcy nie znali specyfiki akwenów, brakowało też dokumentacji, która pomogłaby przy inwestycjach. Zaczął nawet umierać – niegdyś przecież bardzo u nas rozwinięty – transport rzeczny. Nic dziwnego, skoro udało się uratować zaledwie pięć procent przedwojennej floty. Po 1989 r., kiedy inwestycje w miastach ruszyły z nową siłą, rzeki nie wzbudziły zainteresowania, bo ich zagospodarowanie było nazbyt wymagające i za drogie. Nieuregulowane, zaniedbane przysparzały głównie problemów, gdy – tak jak w 1997 r. – wylewały i podtapiały pobliskie dzielnice.

Mimo to duże miasta o powrocie nad wodę zaczęły głośno mówić kilka lat temu, kiedy zaczęły płynąć pieniądze z Unii Europejskiej. – UE chętnie finansuje tego typu projekty. Służy do tego program operacyjny infrastruktura i środowisko, a także programy regionalne, w ramach których miasta mają większą swobodę w podejmowaniu decyzji, na co przeznaczą pieniądze – tłumaczy Ewa Nowińska, ekspert do spraw funduszy europejskich.

Warszawa powołała specjalnego pełnomocnika ratusza ds. zagospodarowania nabrzeża Wisły już w 2008 r. Nad rzeką po stronie Starówki powstaną dwa kilometry nowego bulwaru za 120 mln zł. Na osiach głównych ulic prostopadłych do rzeki, nad samą wodą, pojawią się place, na których mają się odbywać koncerty czy przedstawienia. Planowana jest też miejska plaża i wodny plac zabaw dla dzieci. Wzdłuż całego bulwaru ciągnąć się będzie trasa spacerowa, a także ścieżka dla rowerzystów i rolkarzy. Do tego oczywiście kafejki, pływające restauracje, przystanie dla statków. Wszystkie te inwestycje mają być gotowe w 2013 r. Władze miasta przekonują, że wydatki zaprocentują. – Inwestycja ma też na celu wzmocnienie nabrzeża przed ewentualną powodzią. Poza tym miasto będzie zarabiać na wynajmie lokali – przekonuje Marek Piwowarski, pełnomocnik ratusza ds. zagospodarowania nabrzeża Wisły. Dodaje, że prawdopodobny roczny zysk z wynajmu pawilonów wyniesie ok. 830 tys. zł. Kolejnym źródłem dochodu będą opłaty cumownicze wzdłuż wybrzeża (41,8 tys. zł), stawki dzierżawne za wynajem przestrzeni otwartych na cele usługowe (46,8 tys. zł) oraz zyski z wynajmu powierzchni na przystankach pływających (226,8 tys. zł).