Niepewność jest chlebem powszednim wszystkich, którzy na poważnie zajmują się finansami. Ja sam całe życie staram się badać i lepiej rozumieć trapiącą rynki zmienność. A mimo to często uderza ona również we mnie (Scholes w latach 90. równolegle z karierą akademicką współzarządzał funduszem hedgingowym LTCM. Instytucja początkowo przynosiła duże zyski, jednak w 1998 roku w wyniku reperkusji kryzysu azjatyckiego straciła 4 mld dol. i musiała zakończyć działalność. Scholes prowadził potem, już z większymi sukcesami, kolejny fundusz – red.). W ostatnich dwudziestu latach poprzedzających kryzys wielu z nas uległo złudzeniu, że niepewność udało się wyplenić. Politycy i bankowcy powtarzali, że wzrost będzie trwał zawsze. W 2008 roku nastąpiło bolesne otrzeźwienie. Nie można jednak załamywać nad nim rąk. Musimy potraktować ten szok jako okazję do nauczki. Historia gospodarcza nieraz pokazała, że kryzys to znakomita okazja do skorygowania błędów. Gdy sytuacja na rynkach jest spokojna, nikt nie dąży do zmian, nawet jeśli są konieczne. Dlatego obecny czas jest dużo lepszy i bardziej otwarty dla innowatorów. Trzeba tylko skorzystać z okazji.

O finansowych innowacjach

Wielu obwinia o wybuch kryzysu finansowego wynalezienie nowych instrumentów finansowych, takich jak derywaty, CDS-y czy pożyczki hipoteczne typu subprime. Na ich potrzeby publicystyka ekonomiczna stworzyła nawet specjalny termin – złe inwestycje. Nie zgadzam się z tak jednoznacznym potępianiem i innowatorów, i ich pomysłów. Przewodniczący Kluza (patrz ramka) powiedział, że choć tylko 10 proc. innowacji finansowych tworzy rzeczywistą wartość dodaną, a cała reszta to próba albo ominięcia regulacji, albo zmniejszenia kosztów, to i tak wartość tych 10 proc. jest dla społeczeństwa wielokrotnie wyższa, bo zwiększa produktywność i czyni nasze życie łatwiejszym. Przykład? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Amerykanin chcący robić interesy w Europie musiał przywieźć pieniądze w walizce albo bardzo długo czekać na autoryzacje transakcji między bankami. Dziś mogą one tu dotrzeć szybciej niż on sam. Trudno sobie nawet wyobrazić, ile dzięki tak rozumianej modernizacji powstało w gospodarce miejsc pracy. Co więcej, innowacje finansowe są dziś potrzebne jeszcze bardziej, niż nam się to jeszcze do niedawna wydawało. Kryzys przypomniał przecież zachodniemu światu o wiszącym nad naszymi głowami problemie demograficznym. Nie łudźmy się: demografii nie rozwiążemy bez innowacji w sektorze finansowym. Służba zdrowia, programy emerytalne, opieka nad osobami starszymi – na to wszystko Zachód będzie miał coraz mniej pieniędzy. Do tego dochodzi odwrotny problem w państwach rozwijających się: szybki wzrost populacji przy jednoczesnym zwiększaniu obszarów biedy. Dlatego kluczem do okiełznania tych problemów jest lepsze zarządzanie istniejącymi środkami, czyli właśnie innowacja finansowa. To samo dotyczy kurczących się zasobów wody, paliw czy środowiska naturalnego. Przestańmy więc narzekać na złych finansistów, którzy przesadzili z innowacjami. Nauczmy się doceniać kreatywność i pomysłowość. Potraktujmy przyszłość jako ekscytującą podróż w nieznane.

O zarządzaniu ryzykiem

Wiemy dziś, że moc straciło powtarzane przez wszystkich do 2008 roku zaklęcie: tym razem jest inaczej i w gospodarce nie będzie już wielkich wstrząsów. A skoro tak, to nie pozostaje nam nic innego, jak zabezpieczyć się na wypadek kolejnych. Pierwszą lekcją jest to, byśmy działali wyprzedzająco, a nie wówczas, gdy wszystko się już wali. Każdy finansista wie przecież, że są sposoby na zarządzanie ryzykiem. Można albo zwiększać rezerwy, albo dywersyfikować źródła przychodów, albo ubezpieczyć się na wypadek kłopotów. A najlepiej zrobić wszystko naraz. To abecadło ekonomii. Tymczasem kryzys pokazał, że wiele instytucji finansowych, a nawet państw nie odrobiło tej podstawowej, zdawałoby się, lekcji. Przykładem są znajdujące się dziś w poważnych tarapatach budżety państw rozwiniętych. Dlaczego kraje nie mają czegoś takiego jak budżet zapasowy, z którego czerpie się środki w czasie ostrej dekoniunktury? Dlaczego nawet w czasie prosperity kraje zaciągały długi, zamiast odkładać? Podobnie było ze strefą euro. Gdy powoływano ją do życia, politycy byli głusi na podnoszone przez wielu ekonomistów argumenty, że w historii nie było jeszcze przykładu udanej unii monetarnej funkcjonującej bez integracji fiskalnej. Efekt jest taki, że euro ma dziś kłopoty. Pocieszające jest jednak to, że wszystkie błędy można naprawić. Chiny potrafiły to zrobić – po kryzysie 1997 roku władze w Pekinie zaczęły gromadzić rezerwy i kryzys 2008 roku nie naruszył podstaw ich gospodarki, choć uderzył np. w eksport Państwa Środka. Dlatego wierzę, że Zachód też będzie potrafił odrobić lekcję 2008 roku.