Gdy GUS o godz. 10 ogłaszał, że polski PKB wyniósł 4,3 proc., informacja była znana. Ogłosiła ją brytyjska agencja Reuters, powołując się na rządowe źródła.

– Jesteśmy w trakcie przygotowywania pisma do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odnośnie do wyjaśnienia tej sprawy – mówi „DGP” Artur Satora, rzecznik prasowy prezesa GUS.

Gdzie mógł nastąpić przeciek? Ze względów kurtuazyjnych oficjalne dane urzędu przekazywane są na piśmie do Kancelarii Prezydenta i Prezesa Rady Ministrów, marszałków Sejmu i Senatu oraz wicepremiera Waldemara Pawlaka. Kierowca wyjeżdża z urzędu o 9.40 lub 13.40 (w zależności, czy GUS poblikuje dane o 10 czy 14) tak aby trafiły do odbiorców o tych właśnie godzinach. We wtorek też tak się stało. Ponieważ kierowca wyjechał o czasie, a przeciek pojawił się wcześniej, nie mogło do niego dojść tą drogą. Albo więc przeciek nastąpił z samego GUS, albo któryś z urzędników kancelarii lub ministerstwa poznał dane wcześniej nieoficjalną drogą.

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie odpowiedziała nam wczoraj, czy zostanie wszczęte śledztwo w tej sprawie. – My doszliśmy do wniosku, że aby nie było niepotrzebnych podejrzeń, zaproponujemy osobom, którym obecnie dostarczamy dane w sposób tradycyjny, aby pobierali je tak jak inni – z internetu. Albo, jeśli bardzo chcą, to możemy wysłać im dane pocztą elektroniczną, tak jak dziennikarzom, punktualnie o godz. 10 lub 14 – informuje Satora.

Czy ktoś mógł zarobić na przecieku? – Na pewno inwestorzy grający na rynku walutowym. Natychmiast po przekazaniu danych złoty umocnił się do euro o blisko 0,2 proc., czyli o 0,3 – 0,4 grosza. Byliśmy zaskoczeni wypływem takich danych na rynek – mówi Marcin Turkiewicz, szef dilerów walutowych BRE Banku.

– Widać też wyraźnie, że dzięki tym wcześniejszym danym część inwestorów zaczęła kupować spółki z indeksu WIG20. Grali pod wzrosty, bo indeks pomiędzy godz. 9.30 a 9.55 wyraźnie rósł. Po godz. 10, gdy już były znane oficjalne dane, zaczął spadać – pokazuje Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Podkreśla, że obroty były niewielkie, nie można było mówić o jakimś wystrzale indeksu.

Nie drgnęła natomiast rentowność obligacji. Zarówno kiedy informację o PKB Polski podał Reuters, jak i gdy były już znane oficjalnie. – Jednak w takim przypadku trudniej jest spekulować, bo dostęp do danych agencji ma wielu inwestorów. Gdyby Reuters ich nie opublikował, a tylko przekazał pewnej grupie, wówczas reakcja rynków mogłaby być gwałtowniejsza – twierdzi Piotr Żółtowski, diler obligacji BPH.

Eksperci twierdzą, że zdecydowanie bardziej wstrząsnąłby rynkiem przeciek znacznie odbiegający od oczekiwań ekonomistów. – W przypadku PKB to trudne, bo ekonomiści dosyć precyzyjnie przewidują jego wysokość. Co innego, gdyby takie dane pojawiły się przed projekcją inflacji czy produkcji przemysłowej, gdzie skala pomyłek jest znacznie większa – uważa Żółtowski.

Najbardziej można by skorzystać, gdyby dane agencji były dużo gorsze od oczekiwanych. – Inwestorzy wyprzedawaliby złotego, grając pod spadek kursu. Na giełdzie mogliby albo wyprzedawać akcje, wychodząc z zyskiem, albo potencjalnie niższą stratą, lub prościej – mogliby zająć krótkie pozycje na kontraktach terminowych, obstawiając spadki indeksów – wyjaśnia Marek Rogalski. W tym przypadku tylko na obligacjach byłoby trudno zarobić.