Grecja jest na skraju bankructwa. – Decyzja o restrukturyzacji jej długu wpłynie na polską gospodarkę – przyznaje Jacek Rostowski, minister finansów. Już są pierwsze, mogące o tym świadczyć, sygnały – wczoraj serwis internetowy Business Insider umieścił Polskę w grupie krajów zagrożonych bankructwem. Kryterium była cena CDS-ów (z ang. Credit Default Swap), czyli koszt ubezpieczenia papierów dłużnych.

Interwencja i wyższe stopy

Restrukturyzacja greckiego długu jest nieunikniona. Zdaniem dr. Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Invest-Banku, najbardziej prawdopodobne jest, że nastąpi to po wakacjach. Do tego czasu Niemcy i Francja wypracują rozwiązania chroniące ich sektor bankowy. Grecki dług w tych krajach to ponad 120 mld euro.

Sama decyzja wywoła jeszcze większe niż dotychczas zamieszanie na rynkach. Na początku może dojść do paniki i wycofywania się inwestorów z gospodarek wschodzących powiązanych z euro. A to niekorzystnie odbije się na złotym i wycenie naszego długu. Rząd i bank centralny mają możliwości reakcji. Możliwa jest interwencja walutowa ze strony resortu finansów, który dysponuje 20 mld dolarów z elastycznej linii kredytowej MFW. Podobny ruch może wykonać NBP, który ma rezerwy o wartości około 100 mld dolarów. Ale zdaniem ekonomistów raczej nie ma co liczyć na interwencję, dopóki będzie trwała panika, bo i tak nie przyniesie to rezultatu. Co oznacza, że będziemy płacić powyżej 4 złotych za euro.

Po panice najważniejsza będzie ponowna rynkowa ocena Polski. – Pytanie, czy inwestorzy wycenią nas jak inne rynki wschodzące, czy jako odrębny kraj, który z Grecją ma niewiele wspólnego – mówi prof. Elżbieta Chojna-Duch z Rady Polityki Pieniężnej. Wtedy najbardziej skuteczne mogą się okazać interwencje. – Jeśli złoty będzie się utrzymywał na poziomach 4,10 – 4,20 i nie będzie widać oznak jego osłabienia, to konieczna będzie reakcja. Ale raczej spodziewam się podwyżki stóp procentowych – mówi dr Jakub Borowski.

Potem przyjdzie czas na rząd. Największym problemem może się okazać kampania wyborcza, zwłaszcza że już dochodzi do przedwyborczych licytacji. W sobotę wicepremier Waldemar Pawlak stwierdził na antenie TVN24, że „trzeba podjąć odważną decyzję i obniżyć akcyzę na benzynę”. Tymczasem resort finansów nawet nie chce o tym słyszeć.

Po wyborach cięcia

– Musimy zrobić wszystko, aby złoty i nasze aktywa były widziane jako atrakcyjne. Do tego trzeba wiarygodnego i realizowanego programu naprawy sytuacji w finansach publicznych – mówi ekonomista prof. Witold Orłowski. Minister finansów Jacek Rostowski zasugerował cięcia, jeśli będzie taka potrzeba. – To jest lekcja, którą wyciągamy z doświadczeń w 2009 r., kiedy mimo podpowiedzi opozycji wprowadziliśmy wielki pakiet oszczędnościowy – mówił w czwartek w Sejmie.

Najbardziej prawdopodobne są oszczędności na armii – w 2009 r. dały 10 mld zł. Za to na razie nie ma mowy o cięciu wydatków na infrastrukturę ani o reformach strukturalnych. Ale może się to zmienić po wyborach, bo o ile Komisja Europejska i Bank Światowy zgadzają się z polską prognozą zmniejszania deficytu w tym roku, to przyszłoroczne uważają za nazbyt optymistyczne. Jeśli dodatkowo ewentualne turbulencje po Grecji odbiją się na wzroście gospodarczym, to działania muszą iść znacznie dalej, niż zapowiada rząd.

Już teraz analitycy dają do zrozumienia, że jeśli w kolejnej kadencji nie dojdzie do reform, to ratingi Polski mogą spaść. Wtedy ucieczką do przodu musi być nie tylko doraźne szukanie oszczędności w budżecie, lecz także wprowadzenie zmian strukturalnych, zwłaszcza w systemie emerytalnym, aby zapewnić długofalową stabilność finansów. Katalog jest znany – likwidacja emerytur górniczych i zastąpienie ich pomostówkami, reforma KRUS i emerytur mundurowych, zrównanie i wydłużenie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn.

Trzeba wrócić do poziomu długu 40 proc. PKB. I to już, nie w 2018 roku

Jedynym sposobem na ewentualne efekty turbulencji z Grecji jest posiadanie planu reakcji na czarny scenariusz, przygotowanie zapasów gotówki i budowanie wiarygodności Polski na zewnątrz.

Dlatego istotne jest przyspieszenie prywatyzacji oraz to, aby była prowadzona skutecznie, a nie jak w przypadku BGŻ.

Chodzi o to, aby nagromadzić nadwyżkę przychodów, tak aby dług publiczny malał szybciej, niż minister mówi.

Wiadomo, że rynki finansowe odpływają z krajów niewiarygodnych, dlatego bardzo dobrze, że resort finansów wymienia euro z Brukseli na rynku walutowym i mamy elastyczną linię kredytową z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, z której w razie czego możemy skorzystać.

Ale to powinno być uzupełnione o realistyczne plany redukcji deficytu, bo upieranie się wbrew prognozom Komisji Europejskiej, że osiągniemy trzy procenty deficytu w przyszłym roku bez dodatkowych działań, spowoduje, że odbiór Polski nie będzie dobry.

Docelowo musimy wrócić do poziomu długu publicznego 40 proc. w relacji do PKB. Osiągnięcie takiego poziomu w 2018 roku, jak zapowiada minister, to za późno. Dług powinien maleć szybciej, przez reformy, które zmniejszą wydatki sztywne w budżecie. Takie działania są potrzebne najpóźniej po wyborach.