Firma specjalizująca się w organizowaniu przyjęć może zarobić w karnawale nawet o 50 – 60 proc. więcej niż w innych okresach roku. Ale i tak, niezależnie od kalendarza, popyt na usługi cateringowe stale rośnie.

Miejsce i cele

Rynek ten jest słabo zbadany. Usługi tego typu wrzucane są do jednego worka z całą gastronomią. Jak twierdzą właściciele firm i portali reklamujących catering, w kraju funkcjonuje ok. 12 tys. firm. Ale tylko tych mających w ofercie rozbudowane menu oraz zapewniających co najmniej kilka tzw. atrakcji dodatkowych. Maleńkich, zajmujących się jedynie dostarczaniem kanapek do sąsiedniego biurowca, biznesów nikt nie jest w stanie policzyć.

Wiadomo, że firm z każdym rokiem przybywa. Choć coraz wolniej. Na początku przemian ustrojowych, gdy na tego typu usługi był duży popyt, ich liczba rosła po ok. 15 – 20 proc. rocznie. W ostatnich latach firm co roku jest ok. 10 proc. więcej. – Jest nieco trudniej, ale nie znaczy to, że rynek jest zamknięty i nasycony – twierdzi Maksymilian Kownacki, szef jednej ze stołecznych agencji cateringowych. – Jeżeli ktoś znajdzie stałych odbiorców, uczciwych i pracowitych ludzi do pomocy i wykaże się inwencją, powinien znaleźć dla siebie miejsce.

Podstawą jest dobre rozeznanie najbliższego rynku. Jest to bowiem typowa działalność lokalna. Trzeba zorientować się, ile i jakich firm tej branży funkcjonuje w okolicy: czy potencjalni odbiorcy mają podpisane umowy na dostawę jedzenia, ile zatrudniają osób, czy w pobliżu stoją automaty sprzedające przekąski i gorące napoje, które znacząco obniżają obroty cateringu. Istotne jest, aby pracownicy doskonale znali wybrany obszar i potrafili dotrzeć o wyznaczonej godzinie do każdego miejsca. Inaczej firma szybko straci renomę i wypadnie z rynku.

Konieczne jest szczegółowe określenie profilu działalności. Trzeba zdecydować, czy postawić tylko na dostarczanie jedzenia, czy także organizację imprez i w jakim zakresie.