Zeszłoroczne wydatki były niższe od planowanych o 6 mld zł, a dochody wyższe o 1 mld zł. Dlatego deficyt budżetowy był co najmniej o 7 mld zł niższy od 52 mld zł. Jaki był deficyt całego sektora finansów publicznych, okaże się w lutym, gdy samorządy zaprezentują dane dotyczące swych finansów, ale zdaniem ministra Jacka Rostowskiego jego wartość nie powinna przekroczyć 7,9 proc. PKB.

Rostowski liczy, że deficyt sektora finansów publicznych w 2011 r. zmniejszy się o jedną trzecią, a w 2012 r. co najmniej o połowę. Taki spadek ma dać nie tylko wyższy wzrost gospodarczy, ale także zapisane w budżecie na 2011 rok działania oszczędnościowe (13 mld zł) i niższe, wskutek planowanej korekty reformy emerytalnej, transfery do OFE (też ok. 13 mld zł). Nie przekroczymy także progu 55 proc. relacji długu do PKB – w tym roku nie będzie ona raczej rosnąć, a w przyszłym powinna już spaść. Eksperci resortu finansów przeanalizowali też rozwój sytuacji makroekonomicznej w ciągu najbliżej dekady. Ich wnioski zawarte w specjalnym opracowaniu mają być wytycznymi dla innych ministerstw do szacowania skutków finansowych projektowanych ustaw. W dokumencie czytamy, że w 2020 r. polski PKB wzrośnie o 3,1 proc., a inflacja wyniesie 2,4 proc. Euro, o ile Polska nie przyjmie jeszcze unijnej waluty, będzie warte 3,47 zł. Jednak zdaniem prof. Dariusza Rosatiego aż dziesięcioletnia perspektywa prognoz może być myląca. – Kurs walut, podobnie jak poziom cen, jest zjawiskiem krótkookresowym, dlatego prognozowanie tych czynników w okresie dłuższym niż dwa lata jest ryzykowne – tłumaczy Rosati.

Resort finansów zdaje sobie sprawę z niedokładności prognoz. W dokumencie zaznaczono np., że w przypadku prognozowanego kursu złotego do euro należy brać pod uwagę 15-proc. odchylenie, co oznacza, że euro może kosztować 3,99 zł lub nawet 2,95 zł – jeśli złoty się wzmocni. Dokładniejsze są prognozy dotyczące najbliższych 5 lat. Wynika z nich, że średnie wynagrodzenie wzrośnie w 2015 r. do 4 tys. zł, stopa bezrobocia spadnie do 7 proc., a PKB wzrośnie w tym czasie o 400 mln zł, do 1,8 bln zł.

Jednak – zauważa Ryszard Petru – w przypadku prognoz, których przygotowanie nadzorowali politycy, zawsze pojawia się pytanie o ich wiarygodność. Dlatego w Niemczech tego typu wyliczenia przygotowuje się na podstawie uśrednionych danych, zebranych przez niezależne ośrodki badawcze.

Jednak przygotowanie wspólnej podstawy dla wyliczeń wszystkich ministerstw to dobry pomysł. Jak ocenia prof. Rosati, wspólna baza pozwoli porównywać skutki finansowe różnych rozwiązań przygotowywanych w poszczególnych resortach. Dotąd autorzy projektów ustaw tak dobierali dane, by w zależności od potrzeb minimalizować lub maksymalizować skutki finansowe swych pomysłów. – Kryzys udowodnił, że nawet najlepiej przygotowane prognozy ekonomiczne mogą się okazać wróżeniem z fusów. Chodzi jednak o to, by te fusy były przynajmniej z jednego gatunku herbaty – mówi jeden z urzędnik resortu.

Rostowskiemu chodzi o politykę

prof. Stanisław Gomułka, ekonomista BCC, były wiceminister finansów

Podobną 10-letnią analizę przygotowałem razem z prof. Witoldem Orłowskim w 2000 r. na zlecenie ówczesnego ministra finansów Leszka Balcerowicza. Przyjęliśmy wtedy trzy warianty rozwoju sytuacji : optymistyczny, pesymistyczny i pośredni. Chodziło o zmotywowanie polityków do przeprowadzenia koniecznych reform. Różnica polega na tym, że Balcerowicz miał duży autorytet wśród ekonomistów, bo dla niego koszt polityczny reform miał drugorzędne znaczenie. Wyliczenia prezentowane przez ministra Jacka Rostowskiego są mniej wiarygodne, bo zabiega on o krótkoterminowy zysk polityczny dla swojego szefa i swojej partii.