Rok temu Słowacja, jutro Estonia – na razie tylko dwóm postkomunistycznym państwom udało się dołączyć do strefy uero.

Dla Estoinii zmiana waluty nie będzie jednak szokiem. Waluta tego kraju od chwili powstania była sztywno powiązana najpierw z marką, a później z euro. Za co w czasie kryzysu bałtycka republika słono zapłaciła.

Korona to stosunkowo młoda waluta. Po jej wprowadzeniu w czerwcu 1992 r. kurs wymiany ustalono na poziomie 8 koron za markę. Gdy Berlin wprowadził wspólną walutę, Estończycy po prostu automatycznie przeliczyli kurs na 15,6466 korony za euro. Sztywny kurs utrzymano mimo kryzysowych perturbacji. Estonia zapłaciła za brak możliwości deprecjacji korony olbrzymim, 14-proc. spadkiem PKB w 2009 r. Eksport, który odpowiadał za 80 proc. PKB, spadł wówczas o 11,2 proc.

Prymus za wszelką cenę

– Nikt nawet nie wspominał o możliwości uelastycznienia kursu korony. Zresztą z punktu widzenia naszego prawa byłoby to praktycznie niemożliwe – mówił „DGP” Erik Terk z Estońskiego Instytutu Studiów nad Przyszłością w Tallinie. Dla elit politycznych i gospodarczych wprowadzenie euro to po prostu konieczne dopełnienie integracji europejskiej. – Jesteśmy małą łódką przywiązaną do transatlantyku. W czasie sztormu będziemy czuć się lepiej, będąc na jego pokładzie – mówił minister finansów Juergen Ligi. Odmiennego zdania są zwykli mieszkańcy Estonii. Gdyby zdecydowano się na referendum, 52,8 proc. wyborców głosowałoby przeciw euro.

Przystąpienie Estonii do unii walutowej nie przysporzy kłopotów strefie euro. Tallin to nie Ateny, Madryt czy Dublin. Estońska gospodarka mimo kryzysu należy do europejskich prymusów, jeśli chodzi o spełnienie kryteriów z Maastricht, w teorii obowiązujących wszystkich członków Eurolandu. Najlepszy dowód, że Estonia jako jedyny członek unii spoza strefy euro w ciągu trzech kryzysowych lat nie złamała żadnej z zasad konwergencji.

Za mali, by sprawić problem

Dzięki utrzymywanej w latach 2002 – 2007 nadwyżce budżetowej oraz drastycznym cięciom socjalnym udało się nie dopuścić do wzrostu deficytu w trudnych czasach. W najtrudniejszym 2008 r. dziura w budżecie urosła zaledwie do 2,8 proc. PKB, w 2009 r. była już 1,7-proc. Ta ostatnia liczba to drugi wynik w strefie euro po Luksemburgu. W przypadku długu publicznego Estonia jest już niepodważalnym liderem. 7,2 proc. PKB to 11 razy mniej niż średnia strefy euro i 16 razy mniej niż dług greckich rekordzistów. Dla Estonii nie można było nawet wyliczyć oprocentowania obligacji 10-letnich (jedno z kryteriów konwergencji), bo kraj nigdy ich nie emitował. Co więcej, transformację ustrojową Tallin ma już dawno za sobą. Sektor publiczny odpowiada zaledwie za 18,6 proc. PKB.

Wobec takich danych gospodarczych problemu nie stanowi nawet relatywne ubóstwo świeżo upieczonych użytkowników banknotów z mostami i bramami. PKB na osobę w Estonii stanowi zaledwie 64 proc. średniej unijnej, co stawia ten kraj w roli najbiedniejszego członka strefy euro. Z drugiej jednak strony Europa tej akcesji nawet nie zauważy. 1,3 mln ludności Estonii to wielkość porównywalna z liczbą mieszkańców Mediolanu, stanowiąc zarazem 0,4 proc. populacji Eurolandu.