Świat wybiera polską żywność głównie dzięki wysiłkom sieci handlowych. W tym roku wyeksportują one towary warte 3 mld złotych – o miliard więcej niż w ubiegłym roku. Koniunkturę napędzają też Polacy mieszkający za granicą.
Publikacja: 26 listopada 2010, 03:00 Aktualizacja: 26 listopada 2010, 11:41
Europa ceni polską żywność za jakość i cenę
Pasztety i soki marchwiowe, kwaszone ogórki, śledzie i słone paluszki. To przeboje eksportowe polskich producentów. Do tego jabłka, pomidory, kiełbasa krakowska i wódka. Konsumenci w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech czy Francji cenią je po pierwsze za cenę – nawet o 30 proc. niższą niż rodzime produkty z tej samej półki. Po drugie – za jakość; uważają je za bardziej ekologiczne, bo Polska to kraj rolniczy, zieloną łąką i czystą wodą pachnący.
Pierwszy boom na naszą żywność nastąpił po 2004 roku, po naszej akcesji. Jej sprzedaż systematycznie rosła, gwałtownie znów od 2008 roku, kiedy na skutek światowego kryzysu osłabił się złoty. Polskie produkty stały się konkurencyjne wobec zachodnich, zwłaszcza że mieszkańcy krajów starej Unii zaczęli zwracać baczną uwagę na ceny. Osłabienie złotego miało także wpływ na zwiększenie się eksportu żywności w tym roku – zauważa Tomasz Manowiec, analityk Banku BGŻ. Spowodowało to spadek cen polskich towarów w stosunku do ubiegłego roku co najmniej o 10 procent.
Dotychczas w ostatnich pięciu latach wartość eksportu za pośrednictwem dużych sieci handlowych rosła o 200 – 300 mln zł rocznie, czyli o jakieś 20 procent. Na koniec 2009 r. wynosiła 1,8 mld zł. W tym roku ma sięgnąć 3 mld zł, czyli o całe 70 proc. więcej. – Mowa m.in. o Tesco, Carrefourze czy Biedronce – mówi Andrzej Faliński z Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.
Biedronka, jak się dowiedzieliśmy, wynajęła 14 składów pociągów, które będą kursować z polskimi towarami do Portugalii.Tesco już oferuje w swoich sklepach w Wielkiej Brytanii około 400 produktów z Polski, wytwarzanych przez 30 naszych firm. Także Lidl, który dotąd głównie przywoził do Polski towary z Niemiec, zrozumiał, że na popycie na polską żywność można zarobić i dziś eksportuje polskie towary do 7 krajów w Europie.
Na tym trendzie korzystają polscy producenci, którzy – jak sami szacują – zwiększyli dochody ze sprzedaży swoich towarów za granicą o ok. 20 proc. tylko w ciągu tego roku.
– Dziś sprzedajemy nasze towary w Wielkiej Brytanii, Francji, a niebawem rozpoczniemy w Stanach Zjednoczonych – zapowiada Stanisław Lesień z firmy Stan, produkującej żurki, barszcze, ogórki kiszone. Co miesiąc wysyła za granicę kilka tirów z tymi przetworami.
Eksport znacząco rozszerzyła firma Agros Nova, która w tym roku rozpoczęła współpracę z Kauflandem. Za jego pośrednictwem wysyła m.in. dżemy, soki Kubuś. Kubusia eksportuje za granicę także Tesco.
Na eksporcie we współpracy z sieciami zarabia firma Rarytas, specjalizująca się w przekąskach. – Naszym hitem są sezamowe krakersy – mówi Jarosław Mieszała, menadżer ds. sprzedaży w firmie Rarytas, której produkty można dziś znaleźć w sklepach sieci Kaufland i Lidl w 12 krajach Europy.
Koniunkturę na polską żywność napędza też 15 mln Polaków mieszkających za granicą
Emigranci nie tylko domagają się, aby w ich supermarketach była polska żywność, ale wręcz nawet otwierania sklepów polskich marek. Coraz więcej zapytań o możliwość otwarcia swoich placówek w Wielkiej Brytanii otrzymuje np. sieć sklepów osiedlowych Żabka.
Ale nie tylko nasi rodacy kupują polskie jedzenie. W Wielkiej Brytanii nasze jedzenie zostało uznane za najpopularniejszą żywność etniczną – zaraz po kuchni chińskiej.
No bo kto oprócz nas tak dobrze kisi żur i ogórki?
PRAWO
Polacy mogą prawnie chronić swoje produkty
W myśl obowiązującego w Unii Europejskiej od 1992 roku prawa o ochronie produktów regionalnych i tradycyjnych polscy producenci żywności mogą wystąpić do Komisji Europejskiej o zastrzeżenie nazw oraz objęcie swoich produktów specjalnym prawem. Produkty regionalne i tradycyjne mogą zostać zarejestrowane przez Komisję Europejską jako:
chroniona nazwa pochodzenia – oznacza zazwyczaj nazwę regionu bądź konkretnego miejsca używaną do opisu produktu. Produkt wykazuje szczególną jakość, reputację lub inne cechy przypisywane jego pochodzeniu geograficznemu;
chronione oznaczenie geograficzne – przysługuje produktom, których produkcja lub przetwarzanie mają miejsce na określonym obszarze geograficznym;
gwarantowana tradycyjna specjalność – w języku unijnego prawa oznacza tradycyjny produkt rolny lub środek spożywczy uznany przez Wspólnotę ze względu na jego specyficzny charakter poprzez jego rejestrację zgodnie z rozporządzeniem Rady (WE) nr 509/2006 z 20 marca 2006 r. w sprawie produktów rolnych i środków spożywczych będących gwarantowanymi tradycyjnymi specjalnościami.
1: Wk z IP: 145.237.87.* (2010-11-26 07:52)
I znowu zarobią na tym przede wszystkim zagraniczne koncerny.A publika się zastanawia dlaczego nie ma kasy na służbę zdrowia, drogi, oświatę i wysokie zarobki dla niej. Nie mówię o pacynkach w rządzie bo one doskonale zdają sobie z tego sprawę. Polska od lat ma ciągle ujemne saldo w handlu zagranicznym i to z tak olbrzymim potencjałem.
2: persil z IP: 95.48.163.* (2010-11-26 08:48)
Jak oni jedzą taki syf szprycowany proszkiem do prania jako rarytas to co oni jedzą na co dzień ?
3: pp z IP: 62.6.190.* (2010-11-26 09:53)
popyt na polska zywnosc za granica jest ze strony polskiej emigracji po 2004 a nie to ze obcokrajowcy lubia ta zywnosc (nienawidza) tlusta i pelno chemi w niej
4: Gośc z IP: 77.253.81.* (2010-11-26 16:00)
Nic dziwnego , mało gdzie jeszcze tradycyjnymi metodami produkuje się ją u nas.
5: śmiechu warte ! z IP: 94.251.176.* (2010-11-26 16:03)
polskie ogórki za polskie stocznie ! to jest chwalenie się upadkiem polskiego przemysłu. Tylko idioci mogą się czymś takim chwalić! Polaku czy ci nie żal ,że twój kraj tak nisko upadł ?
6: Jasiek z IP: 80.131.227.* (2010-11-26 17:43)
Mieszkam w Niemczech i nie mogę się do końca zgodzić z tym artykułem. Po pierwsze racja, co do ceny. Towary polskie są często w Niemczech tańsze (po przeliczeniu), niż w Polsce i tego to ja już nie rozumiem. Po drugie. Niemcy wcale nie uważają Polski za kraj ekologiczny. Oni wiedzą, że ich stare, nieekologiczne samochody dalej w Polsce jeżdżą, że w Polsce są elektrownie węglowe, że masa ludzi zasiarczonym węglem opala swoje piece, a w "centralnym" pali śmieci. Niemcy wiedzą, że Polska jest daleko, w takich dziedzinach, jak energia odnawialna, recykling odpadów i bajdurzenie o polskiej ekologiczności jest mitem.
Po trzecie - w Niemczech można bez kłopotu kupić bardzo wysokiej jakości żywność. Jest cała masa sklepów z żywnością tzw. "Bio", czyli ekologiczną i w tych sklepach polskiej żywności nie ma. Przyczyna jest prosta - brak unijnych certyfikatów ekologicznych. Nawet w zwykłych marketach można kupić żywność ekologiczną, ale znów problem z unijnymi certyfikatami sprawia, że ta żywność jest droższa i wcale nie z Polski. Mit, że niby w Niemczech jest tłusto i byle jak rozpowszechniają ludzie, którzy przyjechali się tu za wszelką cenę dorobić. Oni muszą oszczędzać każdego euraka, stąd kupują najtańszą żywność, która rzeczywiście nie smakuje. Autora zaś (i niedowiarków) zachęcam do wejścia do tradycyjnych piekarni (chleb droższy 4 razy, niż ten w ALDIku), czy tradycyjnych wędliniarni. Trzeba zapłacić więcej, ale Niemca na to stać, więc płaci.
Po czwarte - przebojem eksportowym są grzyby. W Niemczech grzyby są bardzo popularne w kuchni, ale mało kto je zbiera. Przyczyna jest prosta - przy grzybach w lesie nie ma tabliczki, informującej że grzyb jest jadalny, a Niemiec bez certyfikatu grzyba nie podniesie. Ja akurat na tym korzystam, bo w lasach grzybów nie brakuje. Ale ten prosty przykład pokazuje, jaka jest nieufność Niemców. Dla nich, jeśli coś pochodzi z Europy Wschodniej (tak widzą Polskę) to już jest podejrzane (choćby samochody z Polski, choć nową Astrę, o dziwo kupują). Niemiec woli zapłacić więcej, ale kupić niemieckie jabłko, czy niemieckie kartofle. To dziwna mentalność, ale ten naród tak ma. Może dlatego zachwycanie się możliwościami eksportu polskiej żywności uważam za naiwne. Owszem, da się wyeksportować nawet i dość dużo, ale po najniższych cenach, bo będzie to jedynie oferta dla najuboższej części społeczeństwa. Taka jest prawda, niestety, nie ma się czym podniecać.

Resort transportu dopina drogową układankę. DGP dotarł do harmonogramu otwarć czterech kolejnych odcinków. Kierowcy mogą od wczoraj jeździć 7-kilometrowym odcinkiem autostrady A2 najbliżej Warszawy – między Konotopą a Pruszkowem. To odcinek E Budimeksu – pierwszy z pięciu budowanych na 91-kilometrowej trasie Łódź–Warszawa.








