Wygląda na to, że od czerwca do sierpnia z niemiecką gospodarką stało się coś złego, przynajmniej w sferze nastrojów. Odpowiedź wydawała się prosta: przedsiębiorców przeraziły coraz słabsze dane napływające z Chin i USA. A to dla nastawionych na eksport Niemiec oznacza spory kłopot.

Odpowiedź byłaby prosta, gdyby nie wczorajsze dane z USA. Tym razem optymistyczne – produkcja przemysłowa wzrosła o cały procent zamiast o pół, jak się spodziewano.

Czy zatem Niemcy obawiają się na zapas, a Amerykanie wbrew obawom nieźle sobie radzą? Tak proste to nie jest. Wystarczy zwrócić uwagę na komentarze towarzyszące, wydawałoby się, świetnym danym z USA. Choćby Marka Mobiusa, guru zarządzających funduszami inwestycyjnymi na świecie: „O ile tylko gospodarka USA nie wpadnie w drugą w ciągu ostatnich trzech lat recesję, nadal powinniśmy mieć do czynienia ze wzrostami na Wall Street”.

Czyli z jednej strony mamy dobre dane, z drugiej boimy się recesji. Niemcy też martwią się o swój PKB w drugiej połowie roku. Za to giełdy na to wszystko zareagowały wzrostami.

Problem w tym, że każda z tych reakcji ma uzasadnienie. Gospodarczy świat niespecjalnie wie, co go czeka. Przepraszam za banał, ale naprawdę dominuje niepewność.

Co z tego wynika dla Polski? Na pewno jedno: trzeba mieć przekonywające scenariusze, gdyby sytuacja przybrała niekorzystny obrót. Chociażby siadł eksport, wzrosło bezrobocie, a gospodarka zwolniła dobre tempo z pierwszej połowy roku. Na razie na przypadek złego scenariusza mamy zapowiedź kolejnej podwyżki VAT. Czy to wystarczy, by ratować państwową kasę i przekonać świat, że radzimy sobie z ewentualną drugą falą kryzysu?