Kiedy kryzys wybucha w obszarze odległym od specjalności lub zainteresowań ekonomisty politycznego, tak jak w moim przypadku – w bankowości, ekonomista ów ma przed sobą trzy alternatywne drogi postępowania. Pierwszą jest siedzenie cicho. Drugą jest jak najszybsze obrycie się w nowym obszarze wiedzy. Trzecia droga polega na tym, żeby nie blefować, wdając się w techniczne dyskusje, ale wykorzystać kryzys do przemyślenia kilku fundamentalnych spraw. To podejście odpowiada mi najbardziej.

Zacznijmy od pytania, dlaczego właściwie potrzebujemy banków. Bo są instytucjami depozytowymi. Niemal równie ważna jest rola banków w przekazywaniu pieniędzy i sprawdzaniu płatności. Jest jeszcze trzecia funkcja. Duże korporacje czerpią większość swoich środków na inwestycje z własnych zysków lub emisji papierów dłużnych na rynkach kapitałowych. Z kolei wiele małych i średnich firm potrzebuje więcej na swoje inwestycje, niż może wyciągnąć z własnych zysków. Najlepszym rozwiązaniem jest dla nich bezpośrednie pożyczenie od oszczędzających. Co więcej, dostępność banków ułatwia życie drobnym ciułaczom, którzy mogą rozdysponować swoje oszczędności wśród wielu kredytobiorców. Bankierzy, mówią, że ich funkcją jest łączenie takich ciułaczy i firm, które potrzebują fizycznych inwestycji.

Zaczęło się od złota

Tu jednak zaczynają się kłopoty. Można sobie wyobrazić rynek, który łączy bezpośrednio drobnych ciułaczy i drobnych inwestorów. Taki jednak nie istnieje. Banki stały się głównym źródłem kredytu dla prywatnych lub drobnych kredytobiorców. Nie ma jednak bezpośredniej łączności pomiędzy przekonaniem banków, że warto komuś pożyczyć pieniądze, a potrzebami pożyczkowymi ich klientów biznesowych. Wiele banków bierze swój początek z zakładów złotniczych, które przyjmowały od klientów depozyty ze szlachetnych kruszców. Szybko odkryły one, że w normalnych czasach ich klienci wycofują co roku tylko ograniczoną część swoich oszczędności, co pozwalało im pożyczać znacznie więcej, niż wynosiły depozyty. W normalnych czasach oprocentowanie rynkowe jest pochodną ogólnej zależności pomiędzy nowymi oszczędnościami i fizycznymi inwestycjami. Czasy jednak nie zawsze są normalne. Deponenci mogą chcieć wycofać więcej pieniędzy niż bank posiada, tak jak to miało miejsce w przypadku brytyjskiego Northern Rock. Banki mogą też nie sprostać prowadzeniu wystarczającej akcji kredytowej, by utrzymać trwały poziom aktywności gospodarczej. Wzmocnienie ubezpieczeń depozytów bankowych i działalności kredytodawców ostatniej instancji, czyli banków centralnych, może ograniczyć prawdopodobieństwo paniki bankowej. Jednak problem niewystarczającego kredytowania dla małych i średnich przedsiębiorstw pozostaje. Tu zaczyna się błędne koło. Bankierzy mówią, że nie brakuje kredytu bankowego, ale wiarygodnych propozycji ze strony biznesu. Skąd jednak ten deficyt? Po części z powodu recesyjnych warunków wykreowanych przez wcześniejszy krach kredytowy. W tym sensie banki same stworzyły sytuację, na którą teraz narzekają.

Sprawy nie ułatwia fakt, że ci sami politycy i urzędnicy, którzy nawołują banki, by pożyczały więcej, nalegają również na budowanie rezerw uwzględniających fazy cyklu koniunkturalnego i porzucają problematyczne inwestycje, w które zaangażowali się przed kryzysem.

Lepsze wrogiem dobrego

Odpowiedzią mogłyby być mniejsze banki. Wiemy jednak, co Keynes mówił o dłuższej perspektywie. Jeżeli państwo chce przyspieszyć odrodzenie gospodarcze, to należy rozważyć stworzenie państwowych banków w połączeniu z takimi instytucjami jak brytyjski Post Office Savings Bank.

Jednak kiedy takie instytucje powstaną, trudno je będzie potem sprzedać lub zamknąć. Jednocześnie łatwo je będzie wykorzystywać do celów politycznych. Lepsze jest jednak często wrogiem dobrego, a zachowanie korzyści konkurencyjnego systemu prywatnej przedsiębiorczości może wymagać pewnych korekt. Lub, jak mówią w pewnym kraju, trzeba się cofnąć, by dalej skoczyć.

Samuel Brittan

„Financial Times”

tłum. TK
© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved