Obawy o nawrót recesji w Stanach Zjednoczonych i spowolnienie wzrostu w Azji przyćmiły radość z bardzo dobrych wyników gospodarczych w strefie euro. Według raportu Goldman Sachs prawdopodobieństwo, że amerykańska gospodarka znów zacznie się kurczyć, wynosi już 25 – 30 proc. A to za kilka miesięcy odczuje też Europa.

Efektowne przyspieszenie

Po piątkowych danych z gospodarki strefy euro ekonomiści tylko na chwilę wpadli w zachwyt. W drugim kwartale wzrost PKB wyniósł 1,7 proc., a nie jak się spodziewano – 1,4. Spodobały im się zwłaszcza informacje z Niemiec. Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów w drugim kwartale rozwijała się w tempie 3,7 proc. w skali roku, znacznie szybciej, niż oczekiwali tego ekonomiści.

– Niemiecka gospodarka osiągnie poziom sprzed kryzysu wcześniej, niż zakładano, pewnie pod koniec 2011 roku. Dynamika wzrostu pewnie zwolni w drugiej części roku, ale to normalny efekt po tak fenomenalnym przyspieszeniu – uważa Joerg Kraemer, główny ekonomista Commerzbank AG we Frankfurcie.

Sceptycznie te dane przyjęli także inwestorzy, którzy zdają sobie sprawę, że przyspieszenie w strefie euro jest niejednorodne i obok rozpędzonych lokomotyw – takich jak Niemcy – są w niej drezyny, jak Grecja, której PKB w drugim kwartale spadł o 3,5 proc. Ewentualny powrót kryzysu w USA groziłby pęknięciem strefy euro. O ile dla rozpędzonej niemieckiej gospodarki oznacza to tylko spowolnienie, kraje takie jak Grecja czy Hiszpania znów mogą się znaleźć na krawędzi bankructwa. – Podczas gdy dane o niemieckim wzroście za drugi kwartał są imponujące, obraz na peryferiach Europy, w Grecji, Hiszpanii, Portugalii i we Włoszech, jest w najlepszym wypadku słaby – ocenia Hans-Guenther Redeker, analityk z BNP Paribas. Obawy te widać było po cenach obligacji. Podczas gdy oprocentowanie niemieckich spadło o 12 punktów bazowych, greckich wzrosło o 30. – Niemieckie obligacje zyskują na wartości, bo inwestorzy uciekają z takich rynków jak Grecja, Hiszpania czy Irlandia – mówi Robin Marshall z londyńskiej firmy inwestycyjnej Smith & Williamson.

Po drugie, bardziej skupiają się na danych z USA i Azji, a te są coraz bardziej pesymistyczne. Według opublikowanych kilka dni wcześniej danych, tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki zmniejszyło się z 3,7 proc. w pierwszym kwartale do 2,4 proc. w drugim. Na dodatek nie chce spaść bezrobocie, które wynosi 9,5 proc. A ponieważ nie ma żadnych przesłanek wskazujących na poprawę sytuacji, w USA coraz częściej mówi się o groźbie powrotu recesji. Analitycy z Goldman Sachs oceniają, że wynosi ona 25 – 30 proc., ale np. Robert Shiller, znany ekonomista z uniwersytetu Yale, że przekracza 50 proc. Uważa on, że w tej sytuacji konieczne jest uruchomienie kolejnego planu stymulacyjnego, który pomoże tworzyć nowe miejsca pracy. Ale to rozwiązanie jest co najmniej kontrowersyjne – pierwszy 800-miliardowy pakiet, jak się okazuje, wcale nie zmniejszył bezrobocia, a po drugie wydanie kolejnych setek miliardów dolarów jeszcze powiększy rekordowy dług publiczny USA.

Wyniki trudne do utrzymania

– Te rejony, z którymi strefa euro robi interesy, mają się ostatnio gorzej. Trudno będzie Niemcom utrzymać dobre wyniki, skoro ich przyspieszenie wynika z dynamicznego wzrostu eksportu – mówi „DGP” Marek Rogalski, analityk DM BOŚ, dodając, że nawet w niemieckiej lokomotywie może niebawem zabraknąć pary, jeśli gospodarki Azji i Ameryki wyraźnie zwolnią.

A to uderzy także w Polskę, choć nasi rozmówcy są zdania, że w przypadku drugiej fali spowolnienia uderzenie w polską gospodarkę nastąpi najpóźniej. To ze względu na strukturę zależności. Koniunktura w Polsce zależy od kondycji gospodarki niemieckiej. Nasi zachodni sąsiedzi wpadną w kłopoty dopiero wtedy, gdy załamie się gospodarka USA.