Przyspieszenie prywatyzacji w Polsce jest konieczne również z tego powodu, że przychody ze sprzedaży udziałów w państwowych spółkach pozwalają ograniczyć narastanie długu publicznego. Stanowią bufor, który pokrywa deficyt finansów publicznych w okresie, w którym rząd i parlament powinny wprowadzić w życie systemowe reformy. Fiskalne efekty tych reform uwidaczniają się zazwyczaj z pewnym opóźnieniem, a przychody z prywatyzacji zmniejszają ryzyko przekroczenia przez dług publiczny kolejnych progów ostrożnościowych.

Pomimo 20 lat prywatyzacji ponad 16 proc. osób pracujących w Polsce poza administracją publiczną jest zatrudnionych w spółkach nadzorowanych przez Skarb Państwa. Ten odsetek należy do najwyższych w Europie. Główną przyczyną wysokiego udziału firm państwowych w zatrudnieniu w Polsce jest zbyt wolne tempo prywatyzacji. W latach 2008 – 2009 średnioroczne przychody ze sprzedaży państwowych spółek wyniosły 4,7 mld zł. Jedną z głównych przyczyn tych relatywnie niskich wpływów był spadek inwestycji wynikający ze światowego kryzysu. Te problemy nie tłumaczą jednak przyczyn, dla których obecny minister skarbu na szeroką skalę sprzedawał udziały w państwowych spółkach innym podmiotom zależnym od polityków. Przykładowo w 2008 r. przychody uzyskane od państwowej Polskiej Grupy Energetycznej z tytułu zbycia na jej rzecz mniejszościowych pakietów w dwóch elektrowniach i kopalni węgla wyniosły ok. 1,2 mld zł, co stanowiło ponad połowę całorocznego planu prywatyzacji. Ogółem w latach 2008 – 2009 średnioroczne przychody z prawdziwej prywatyzacji wyniosły jedynie ok. 3 mld zł.

W pierwszej połowie 2010 r. odpolitycznienie gospodarki rzeczywiście nabrało tempa. Minister skarbu zrealizował już niemal połowę całorocznego planu, który opiewa na ambitną kwotę 25 mld zł. Istnieje jednak poważne ryzyko, że w drugiej połowie roku resort powróci do fatalnej praktyki pseudoprywatyzacji. Jeżeli kontrolowana przez polityków PGE kupi od Skarbu Państwa większościowy pakiet Energi, a Orlen lub PGNiG nabędzie większościowy pakiet Lotosu, to ponownie wpływy z pseudoprywatyzacji będą stanowić aż 1/3 całorocznego planu prywatyzacji.

Jeżeli rząd chciałby uzyskać wpływy, które mogłyby w istotny sposób zmniejszyć narastanie długu publicznego, musi się skoncentrować na sprzedaży akcji firm z sektora elektroenergetycznego (PGE, Tauron, Enea i Energa), paliwowego (Orlen, Lotos, PGNiG), a także KGHM, PKO BP i PZU. Wbrew obawom prywatyzacja tych przedsiębiorstw nie wiąże się z ryzykiem wystąpienia niekorzystnych zjawisk dla bezpieczeństwa kraju. W przypadku firm energetycznych i paliwowych, które dysponują tzw. infrastrukturą krytyczną dla wytwarzania i dystrybucji energii oraz paliw, Skarb Państwa ma ustawowe prawo sprzeciwu wobec decyzji ich władz niezależnie od tego, czy są częściowo, czy też całkowicie prywatne.

Choć scenariusz całkowitej prywatyzacji tych największych przedsiębiorstw jest mało prawdopodobny z powodów politycznych, to jest on uzasadniony względami ekonomicznymi. Wcielając się w adwokata diabła – „etatysty” można rozważyć wariant, w którym Skarb Państwa zachowuje dla siebie mniejszościowe pakiety akcji w części największych firm, ale jednocześnie wprowadza zmiany w ich statutach, które ograniczają wykonywanie praw z akcji przez pozostałych akcjonariuszy. Taki sposób zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa zastosowano np. w Orlenie. Gdyby resort skarbu sprzedał inwestorom prywatnym wszystkie swoje udziały w trzech koncernach energetycznych (Enei, Tauronie i Energi), a w pozostałych największych spółkach (PGE, PKN Orlen, Lotos, PGNiG, KGHM, PKO BP i PZU) po uprzedniej zmianie w statutach – wzorem Orlenu – zachował dla siebie 20 proc. akcji, mógłby uzyskać przychody w granicach 75 mld zł. Dzięki tym dodatkowym przychodom można byłoby ograniczyć potrzeby pożyczkowe państwa, a w efekcie dług publiczny, o 5 proc. PKB.

Rządowy plan prywatyzacji nie powinien ograniczać się wyłącznie do majątku, nad którym nadzór sprawuje resort skarbu. Dodatkowe miliardy z prywatyzacji można uzyskać, sprzedając majątek nadzorowany przez innych ministrów. Do tej pory żaden z nich nie wniósł niczego do realizacji rządowego planu prywatyzacji. Prywatyzacji w Polsce nie można odkładać, ale też nie można dać się omamić pseudoprywatyzacją.

Autor jest członkiem zarządu Fundacji FOR i adiunktem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie