Najlepiej opłacanym prezesem ostatniej dekady jest Larry Ellison, założyciel i szef komputerowego giganta Oracle Corp. Jak wyliczył „Wall Street Journal”, w ciągu 10 lat zarobił aż 1,84 mld dol. W lwiej części to nie gotówka, ale otrzymywane akcje, których wartość nieustannie rośnie. Choć jego firma mocno ucierpiała z powodu pęknięcia spekulacyjnej bańki dot-comów w 2000 roku, od tego czasu kapitalizacja Oracle wzrosła jednak niemal trzykrotnie: z 36 mld dol. do 98 mld dol. Dzięki temu stać go było na kupienie za 200 mln dol. jachtu, o którym rosyjski oligarcha Roman Abramowicz może tylko pomarzyć.

Drugie miejsce w rankingu zajmuje prezes firmy internetowej IAC/InterActive Barry Diller, którego majątek powiększył się o 1,14 mld dol. Na trzecim szef koncernu paliwowego Occidental Petroleum Corp. Ray Irani z 857 mln dol., a na czwartym Steve Jobs z Apple’a, który zarobił 749 mln dol. Obecność tego ostatniego w tym zestawieniu nie powinna dziwić, choć on sam obnosi się z tym, że zarabia w firmie rocznie 1 dol. Szef Apple posiada ogromną liczbę akcji swojego przedsiębiorstwa, które w ostatnich miesiącach zyskały na wartości. Na dodatek posiada też 138 mln akcji Walt Disney Company, która święci triumfy na rynku filmowym. W ostatnich trzech latach WDC wypłacała po 35 centów dywidendy za każdą akcję. To oznacza, że Jobs rocznie tylko na nich wzbogacał się o 48 mln dol. Nie można mu odmówić geniuszu: dzięki temu unika płacenia wyższych podatków. Amerykański fiskus zabiera 15 proc. zysków z dywidendy, a gdyby Jobs otrzymywał w Apple’u normalną pensję, musiałby oddawać 35 proc.

Z raportu „WSJ” wyłania się ciekawy paradoks: czterech z pierwszych dziesięciu najlepiej opłacanych prezesów kieruje firmami, które akcjonariuszom przyniosły straty, np. IAC/InterActive. – To przygnębiający obraz. Okazuje się, że pensja szefów nie ma nic wspólnego z ich osiągnięciami – uważa Jesse Fried z Uniwersytetu Harvarda.