Terminal rocznie ma regazyfikować od 1,5 do 3 mld m sześc. sprowadzonego drogą morską gazu ziemnego. Obecnie Litwa jest w całości uzależniona od ryzykownych politycznie dostaw z Rosji, więc projekt jest reklamowany przez rząd jako element strategii osiągnięcia niezależności energetycznej. Terminal ma być ukończony do 2012 r. kosztem co najmniej 620 mln euro. Za amerykańskie pieniądze wykonano już studium wykonalności projektu; do września mają być gotowe wszystkie szczegóły, włącznie z modelem finansowania.

Co zrobi Białoruś

– To wszystko pięknie wygląda na papierze, jednak trudno powiedzieć, czy podawane przez rząd koszty i daty są realne – zastrzega w rozmowie z nami Dalius Tarvydas, ekspert rynku gazu z Litewskiego Instytutu Energetycznego w Kownie. – Z drugiej strony, ile by terminal nie kosztował, Wilno jest zdeterminowane, by je zbudować. Chodzi o to, by uwolnić się od monopolu Gazpromu, przez który płacimy za gaz więcej niż położone dalej od Rosji Niemcy – dodaje.

Tak postawione zadanie połączyło Litwinów z sąsiadami. Ostateczną decyzję Mińsk podjął po czerwcowej wojnie gazowej z Rosjanami, gdy Gazprom wymusił na Białorusi natychmiastową spłatę długu, przez co władze musiały na gwałt zaciągać pożyczkę w Azerbejdżanie.

– Projekt wygląda na bardzo korzystny i efektywny. Możliwa jest jego realizacja w krótkim czasie – mówił uznawany za technokratę premier Białorusi Siarhiej Sidorski. – Białoruś szuka różnych alternatyw, przez co ich obietnice nie są do końca pewne. Ale nawet bez wsparcia Mińska jesteśmy w stanie zbudować terminal – twierdzi w rozmowie z nami wileński politolog Vytautas Sirijos Gira.

Sam pomysł jest jednak dowodem na pragmatyczne zbliżenie Wilna i Mińska. W ciągu ostatniego roku relacje znacznie się ociepliły. Władze obu państw utrzymują bliskie kontakty na najwyższym szczeblu, dwukrotnie wzrosła wymiana gospodarcza. Pod koniec czerwca w Mińsku gościł premier Andrius Kubilius, który prowadził rozmowy m.in. w sprawie terminalu LNG. Szef rządu przyjechał na Białoruś jeszcze raz 25 lipca, tym razem prywatnie, na tygodniową wycieczkę rowerową.

Zbędny polski adwokat

Charakterystyczne jest to, że Wilno w ogóle nie brało pod uwagę współpracy z Polską, która sama zamierza zbudować podobny terminal w Świnoujściu. Polsko-litewski sojusz energetyczny od dawna jest fikcją. Orlen, który w 2006 r. kupił rafinerię w Możejkach, teraz chce ją odsprzedać. Litwa odmawia bowiem współpracy przy odbudowie rozebranej w 2008 r. linii kolejowej na Łotwę, która ułatwiłaby transport ropy za granicę.

Wilno nie zamierza też sprzedać Polakom terminalu naftowego w Kłajpedzie. W tej sytuacji Orlen może sprzedać Możejki Rosjanom, przed którymi transakcja sprzed czterech lat miała Litwę obronić. Polska z kolei jest skłonna zaangażować się w budowę elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim. Siłownia, jeśli powstanie, zniweczy analogiczny projekt strony litewskiej. Pod znakiem zapytania stoi także realizacja mostu energetycznego z Olity do Ełku.

– Pogląd o Polsce jako adwokacie interesów Litwy jest mitem – komentuje Vytautas Sirijos Gira. – W rzeczywistości działania obu państw są często rozbieżne. Polacy forsują np. zniesienie wiz dla Rosjan, czemu Litwa jest stanowczo przeciwna. Kością niezgody pozostaje też sprawa Możejek – dodaje. Samodzielna, ambitna polityka energetyczna pozostaje więc dla Litwy jedyną alternatywą.