Podatek miał zniechęcić banki do szukania szybkich zysków w ryzykownych spekulacyjnych działaniach. Mimo nacisków Berlina i Paryża ministrowie finansów UE (Ecofin) mogą dziś nawet nie zająć się sprawą.

Od kilku dni trwa batalia między zwolennikami a przeciwnikami nowych regulacji. Rozpoczęli ją ministrowie finansów Niemiec i Francji – Wolfgang Schaeuble i Christine Lagarde. Wysłali list do szefa rady ministrów finansów Didiera Reyndersa. Zażądali jak najszybszego wprowadzenia kwestii podatku od transakcji finansowych do porządku obrad Ecofinu.

Odpowiedział im komisarz ds. podatkowych Algirdas Szemeta. – Komisja Europejska musi się troszczyć o to, byśmy nie uchwalili żadnego głupstwa – powiedział we wczorajszym wywiadzie dla dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Jego zdaniem wprowadzenie podatku to wychodzenie przed szereg, bo na razie nie kwapi się do tego żadne inne państwo. A to oznacza straty dla Unii Europejskiej, która będzie mniej konkurencyjna w porównaniu do USA czy Azji.

Komisja ma silnego sojusznika – to Wielka Brytania. Rząd Davida Camerona obawia się, że nowe regulacje spowodują ucieczkę z londyńskiego City, największego w Europie centrum finansowego, większości banków i funduszy. Zresztą ich szefowie dają już do zrozumienia, że szybko mogą przenieść się do Stanów Zjednoczonych, Singapuru czy Hongkongu.

Idea wprowadzenia podatku od transakcji powoli więc umiera. Po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku – który został wywołany właśnie przez spekulacyjną grę amerykańskich banków i funduszy – padały stanowcze deklaracje o konieczności jak najszybszego okiełznania rynku. Jednak na czerwcowym szczycie G20 nikt – oprócz Francji i Niemiec – tak kategoryczny już nie był. Nawet w Stanach Zjednoczonych projekt podatku od transakcji bankowych utknął w kongresowych komisjach i choć prezydent Barack Obama deklaruje się jako zwolennik nowego rozwiązania, na razie nikt do niego nie wraca.