Chodzi o opłatę za korzystanie z torów kolejowych, którą wszyscy przewoźnicy odprowadzają do zarządzającej infrastrukturą spółki PKP PLK. Szafrański powiedział w środę dziennikarzom, że zaległości wszystkich przewoźników wobec PKP PLK wynoszą około 400 mln zł. Nie podał, ile winne są Przewozy Regionalne, ani PKP Intercity. Zaznaczył jednak, że w sumie to znaczna część tej kwoty.

Pociągi po prostu nie wjadą na tory

Wykreślenie połączeń z rozkładu w praktyce będzie oznaczało, że dyżurni ruchu otrzymają listę numerów pociągów i nie zezwolą na ich wyjazd na tory.

"Nigdzie w prawie nie jest napisane, że PKP PLK powinna być bankiem, który kredytuje działalność przewoźników" - powiedział Szafrański. Wyjaśnił, że dotacje, jakie spółka otrzymuje od państwa, mogą być przeznaczone tylko i wyłącznie na inwestycje. Pieniądze wpłacane przez przewoźników za korzystanie z sieci kolejowej są natomiast przekazywane na działalność bieżącą: wypłaty dla pracowników, regulowanie rachunków i kupowanie materiałów do naprawy torów.

Mniej pociągów to mniejsze długi przewoźnika

Prezes wyjaśnił, że z powodu zaległości płatniczych przewoźników, PKP PLK mogą stać się niewypłacalne i nie mieć nawet na wypłaty dla personelu. Spółka podjęła decyzję o zatrzymaniu części pociągów, by dług PKP Intercity i Przewozów Regionalnych wolniej narastał.

"Nie jest naszą intencją zmniejszanie ruchu pociągów, ale chcemy potrząsnąć przewoźnikami, żeby zbilansowali swoją działalność i nie uruchamiali pociągów, na które ich nie stać" - powiedział.