Ministrowie nie mogli zlecieć się w jedno miejsce własnego kontynentu. Tak dołączyli do co najmniej 10 mln ludzi dotkniętych kryzysem po jego pierwszych pięciu dniach. Internet huczy od opowieści Europejczyków, którzy mieszkają z dziećmi na podłodze terminali, którym skończyły się urlopy, pieniądze i lekarstwa, którzy dostają kupon na jeden posiłek dziennie. Jak uchodźcy wojenni padają łupem „dynamicznego kształtowania cen” na przykład przez hotele z dnia na dzień podwajające rachunek za nocleg. Jeśli są uwiezieni gdzieś w Europie, mogą próbować jechać lądem, ale jeśli na innych kontynentach, nie wiedzą, co robić. Ich życia i pracy wideokonferencja nie zastąpi.

Tylko częściowo kryzys jest dziełem żywiołu. W dużej części – wynikiem błędów i zaniechań ludzi. Ujawnił słabości systemu Unii w dziedzinie, za którą musi być odpowiedzialna, skoro pył wulkaniczny i samoloty przemieszczają się przez granice państw kontynentu tak samo jak kapitał i usługi, informacja i technologia.

Katastrofalne straty

Przestarzała technologia i organizacja nie pozwala wykorzystywać tej swobody, którą wulkan pozostawia Europie. Brak korytarzy powietrznych o zmiennych trasach i wysokościach. Dziś Europa nie mierzy chmury pyłu wulkanicznego, lecz zgaduje jej rozmiary. Komunikaty centrów ostrzegania w Londynie i Tuluzie zawierają kompromitujące w XXI wieku zastrzeżenia typu „gęstość chmury nieznana”. Próbne loty wykazały, że w wielu miejscach pyłu nie ma wcale. Nieskoordynowane zamykanie i otwieranie na przemian krajowych przestrzeni powietrznych lub ich skrawków tworzy dla linii lotniczych, pasażerów, eksporterów i importerów nierozwiązywalne równania z setkami niewiadomych.

Błędy i zaniechania potęgują katastrofalne straty gospodarcze. Powtarzaną najpierw kwotę 200 mln dol., a ostatnio 250 mln dziennych strat linii lotniczych trzeba pomnożyć przez liczne efekty pośrednie. W cieniu losu pasażerów znalazł się paraliż ruchu cargo o żywotnym znaczeniu i dla rynku konsumenckiego, i dla sektora wysokich technologii. Dramatycznie traci turystyka, która była najszybciej rosnącym sektorem gospodarki światowej. Suma różnych strat szacowana jest już na co najmniej 3 mld euro.

Doraźne rozwiązania

Zasadę pomocniczości władzy uznają wielkie obozy polityczne i ideologie od liberalizmu po chrześcijańską demokrację. Wpisano ją do polskiej konstytucji i europejskich traktatów. Co z niej wynika w chwili takiej jak obecna? Władza publiczna powinna pozostawiać maksymalną swobodę obywatelom w warunkach dobrobytu i pokoju, ale wkraczać podczas kryzysów: wojny, destabilizacji czy klęski naturalnej. Obywatele, podatnicy, wyborcy oczekują czynów proporcjonalnych do kryzysu. Dziś jest w UE naraz klęska i destabilizacja. W USA instytucje federalne zostały stworzone głównie na kryzysy – i politykę zewnętrzną – a ich kompetencje rosną w miarę konieczności. Brak dotąd w UE instytucji władzy, która podczas paraliżu komunikacyjnego potrafiłaby wprowadzić w życie Jednolite Niebo Europejskie – inicjatywę sprzed 10 lat, nigdy niedokończoną. Kryzysowa konferencja ministrów i komisarza zapowiedziała doraźne odejście od podziału przestrzeni powietrznej na krajowe fragmenty. To krok w dobrą stronę, ale trzeba więcej. W tym trzeba zacząć badać, co naprawdę unosi się w europejskim powietrzu.

Gdy pisano traktat z Lizbony, 70 proc. obywateli UE z Polakami włącznie chciało, aby stała się supermocarstwem jak USA. Szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso zapowiada „globalną Europę”. Ale trzeba sprowadzić swoich do domu, jak robią supermocarstwa. Nawet Wielka Brytania z pomocą Królewskiej Marynarki Wojennej nie potrafi tego sama. Trwa realny test europejskiego przywództwa.