Kłótnia w NBP nie wystraszyła kapitału. Widać to było choćby po wynikach wczorajszego przetargu dwuletnich obligacji skarbowych. Tak niskich rentowności Ministerstwu Finansów nie udało się uzyskać przez ostatnie 3 lata. Wczorajsza średnia dochodowość dwulatek wynosiła 4,54 proc. Ostatnio tak niewielka była na przetargu na początku lutego 2007 r., czyli jeszcze przed kryzysem. MF sprzedało papiery za prawie 3 mld zł, czyli niemal wszystko, co miało zamiar sprzedać. Chętnych było na dwa razy większą pulę.

Według ekspertów to, że polskie obligacje nadal sprzedawane są na pniu, a złoty dzielnie znosi zawirowania na rynku walutowym wywoływane niepokojami o wypłacalność Grecji, świadczy dobitnie, że dla inwestorów ważniejsza od sporu w NBP jest sytuacja polskiej gospodarki. A ta nie jest zła, Polska jako jedna z nielicznych nie wpadła w recesję. Nie mieliśmy kryzysu finansowego, a stan naszych finansów publicznych nie jest gorszy niż w innych krajach UE. – Polityczne zawirowania wokół Rady Polityki Pieniężnej schodzą na dalszy plan. Bronią nas mocne fundamenty makroekonomiczne. W innym otoczeniu byłoby bardziej niebezpieczne – mówi Dariusz Winek, ekonomista BGŻ. Piotr Kalisz z Citi Handlowego dodaje, że inwestorzy nie zwracają uwagi na polsko-polską wojnę w NBP z jeszcze jednego powodu: nastroje na rynku globalnym są dobre. A to zawsze skłania do podejmowania nieco większego ryzyka, czyli np. inwestowania na rynkach wschodzących, do których Polska ciągle się zalicza.

– Spór w NBP to jedno z tych wydarzeń, które nabierają znaczenia wtedy, gdy apetyt na ryzyko maleje. Jak wszystko, co zwiększa niepewność inwestowania – mówi Piotr Kalisz. I dodaje, że spokój na rynku nie jest dany raz na zawsze. Niebezpieczna byłaby też dalsza eskalacja konfliktu, np. seria dymisji członków Rady Polityki Pieniężnej. Już we wtorek odejściem zagroził Andrzej Bratkowski. Wczoraj Andrzej Rzońca na antenie Radia Tok FM powiedział, że gdyby zarząd NBP i rząd porozumieli się w sprawie zysku i zostałby on policzony bez uwzględnienia nowej uchwały RPP, dymisje członków rady byłyby zasadne. – Jeśli jeszcze do tego dojdzie zaskarżenie uchwały do Trybunału Konstytucyjnego, co zapowiadają członkowie RPP, którzy się z nią nie zgadzają, grozi nam prawny chaos – dodaje Dariusz Winek.

Wariant, w którym RPP i zarząd wdałyby się w długi prawny spór, jest jednym z najgorszych. Ekonomiści zastanawiają się, co by się stało, gdyby np. bank centralny przekazał do budżetu zysk wyliczony zgodnie z nową uchwałą – czyli około 8 mld zł – a po jakimś czasie okazałoby się, że uchwała jest bezprawna. – To by podważyło wiarygodność NBP jako instytucji – mówi Dariusz Winek.

Prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej, uważa, że zburzenie wiarygodności banku centralnego niekoniecznie musi od razu spowodować spadek wartości złotego. Skutki mogą być o wiele groźniejsze. – NBP ma zarządzać oczekiwaniami inflacyjnymi. Wiarygodność jest mu potrzebna do tego, żeby zakotwiczyć te oczekiwania na niskim poziomie – mówi. I dodaje, że przedłużanie się sporu w NBP może w konsekwencji uderzyć we wzrost gospodarczy. Bank centralny może wpaść w zaklęty krąg: jeśli w gospodarce będzie panować przeświadczenie, że inflacja wzrośnie, wówczas ceny z pewnością zaczną rosnąć. A to oznacza konieczność podwyższania stóp, co nie służy dynamice PKB.