Komisja Nadzoru Finansowego, przyjmując rekomendację T, chciała ograniczyć wartość niespłacanych kredytów. Jednym z jej wymogów jest konieczność wyliczania zdolności kredytowej dla całego gospodarstwa domowego. Banki powinny więc znać liczbę dzieci w rodzinie wnioskującej o kredyt. Tyle że jeśli nieuczciwy klient nie przedstawi prawdziwej informacji, bank nie ma możliwości jej sprawdzenia.

– Liczbę osób w gospodarstwie domowym ustalamy tylko na podstawie oświadczenia klienta. Kiedyś były dowody osobiste, w które wpisywano dzieci, ale dzisiaj takich informacji już nie zawierają – mówi Agnieszka Nachyła z Banku Millennium.

Informacja o liczbie dzieci ma spore znaczenie przy wyliczaniu zdolności kredytowej. Jeśli rodzice, zarabiający łącznie 5 tys. zł miesięcznie, ukryją fakt posiadania dwójki dzieci, to dostaną kredyt o co najmniej 50 tys. zł większy, niż gdyby podali prawdziwą informację. Dwójka nieposiadająca dzieci może dostać średnio 420 tys. zł kredytu w złotych oraz 270 tys. zł kredytu denominowanego w euro. Rodzice z dwójką dzieci zaś mogą liczyć tylko na 350 tys. zł kredytu w naszej walucie oraz 270 tys. zł we wspólnym pieniądzu.

Kłamstwo może klientowi przyjść o tyle łatwo, że bank ma niewielkie możliwości dociekania prawdy. Może oczywiście zażądać zaświadczenia z urzędu gminy, ale będzie na nim tylko informacja o tym, ile osób jest zameldowanych w miejscu zamieszkania. Nie jest to równoznaczne z liczbą osób w gospodarstwie domowym (dzieci mogą być zameldowane w innym miejscu). Banki poszukują tych informacji po omacku.

– Czasem z wyciągu z konta można wyczytać, że klient co miesiąc płacił za przedszkole i szkołę językową, że często robił zakupy w sklepie zabawkowym albo z odzieżą dziecięcą. Jeśli bank to zauważy, to może odmówić kredytu klientowi, który we wniosku nie informował o posiadaniu dzieci – uważa Jarosław Sadowski z Expandera.

Generalnie jednak instytucje finansowe są raczej bezradne przy ustalaniu liczby osób w gospodarstwie domowym, choć banki twierdzą, że mają własne sposoby.