Powód – zaległości samorządowej kolei w opłatach za dostęp do torów. Pieniądze za przejazdy pociągów zbiera spółka PKP Polskie Linie Kolejowe. Jej największym dłużnikiem są Przewozy Regionalne. PKP PLK powiedziała: stop. W ubiegłym tygodniu zarządca kolejowej infrastruktury wysłał do PR pismo, w którym zażądał od przewoźnika uregulowania zaległych płatności pod groźbą wypowiedzenia umowy 7 kwietnia.

– Regulujemy zaległości w miarę naszych należności – zapewnia Piotr Olszewski, rzecznik PR.

Spółka dokonała dwóch wpłat na konto PKP PLK, ale jest to tylko część długu. Choć żadna ze spółek nie chce ujawnić wysokości obecnego zadłużenia, wiadomo że jeszcze pod koniec lutego należności przekraczały 200 mln zł. Rozmowy na temat rozłożenia płatności na raty i sposobu zapłaty trwały wczoraj do późna wieczorem. Według naszych informacji do najgorszego, czyli zatrzymania pociągów, na razie nie dojdzie.

Nie oznacza to jednak końca problemów na kolei. W kwietniu możliwe są bowiem strajki kolejarzy, którzy w tym tygodniu blokowali już tory w Białymstoku. Związkowcy z PKP PLK domagają się podwyżek o 150 zł netto na osobę. Zarząd proponuje o 44 zł mniej, argumentując, że przystanie na propozycję pracowników będzie kosztowało spółkę dodatkowe 30 mln zł.

Wciąż nie wiadomo także, jak zakończy się spór samorządowej kolei i PKP. Właściciel polskich dworców wypowiedział temu przewoźnikowi umowy na najem kas i pomieszczeń administracyjnych.

Spółka zażądała, by PR opuściły pomieszczenia na największych dworcach, na których swoje kasy mają również inni przewoźnicy, m.in. PKP Intercity. Powodem mają być zaległości w płaceniu czynszu sięgające obecnie prawie 60 mln zł. Od 1 kwietnia przewoźnik z powierzchni będzie korzystał bez umowy, co oznacza, że czynsz wzrośnie do ok. 30 mln zł miesięcznie.

PR nie zamierzają jednak płacić. Przewoźnik twierdzi, że żadnych zaległości wobec PKP nie ma.

– To PKP są nam winne 110 mln zł – twierdzi Piotr Olszewski.

Spółka domaga się zwrotu z tytułu nieprzekazania przez PKP prawa do windykowania należności za przejazdy bezbiletowe, czyli od gapowiczów. A kas bez sądowego nakazu nie zamierza opuszczać.