Minister rolnictwa Marek Sawicki wystąpił do krajów członkowskich o zgodę na dopłaty po tym, jak sprzeciwiła się temu Komisja Europejska. Taki środek stanowi w myśl unijnych przepisów pomoc państwa i dlatego wymagana była zgoda KE, która już dwukrotnie pozwoliła na przedłużenie wsparcia. Obecna zgoda wygasa z końcem roku. By do 2013 r. zachować prawo do dopłat, Polska zdecydowała się przenieść decyzję na poziom rady ministrów UE. Unijne prawo przewiduje, że zgoda zapada, jeśli żaden kraj nie wypowiada się przeciwko, nawet przy sprzeciwie KE.

"Wniosek przeszedł. Niektórzy wstrzymali się od głosu" - powiedział PAP polski dyplomata.

Zgodnie z polskimi przepisami, rolnicy mają szansę na zwrot nawet 75 proc. odsetek od kredytów zaciągniętych na zakup ziemi. W ten sposób rząd zachęca do konsolidacji i powiększania gospodarstw rolnych. Polska argumentowała na forum UE, że kryzys gospodarczy jest sytuacją nadzwyczajną, przemawiającą za utrzymaniem pomocy państwa i przedstawia dane, z których wynika, że spadło tempo powiększania się średniej wielkości gospodarstw rolnych. Obecnie wynosi ona 6,63 ha - zbyt mało, by zapewnić rentowność i godziwy dochód rolników.

W Brukseli Sawicki przekonywał, że dopłaty są potrzebne, bo ceny ziemi rosną nieustająco od wejścia Polski do UE w roku 2004

Rząd prognozuje, że kosztem 400 mln złotych w latach 2010-13 umożliwi sprzedaż rolnikom ok. 600 tys. hektarów ziemi rolnej. Dopłaty będą przysługiwały gospodarstwom do 300 ha. Rząd szacuje, że średnie wsparcie dla rolnika wyniesie ok. 4,5 tys. euro.

W Brukseli Sawicki przekonywał, że dopłaty są potrzebne, bo ceny ziemi rosną nieustająco od wejścia Polski do UE w roku 2004: w pierwszej połowie 2008 r. o 34 proc. w porównaniu do roku 2007.

Polska próbowała przekonać najpierw do swojego wniosku Komisję Europejską; uważa ona jednak, że nie ma potrzeby dalszego preferencyjnego traktowania polskich rolników. Tym bardziej, że zapowiedź podobnych wniosków ze strony Węgier, Litwy i Łotwy sprawiła, że sytuacja Polski straciła charakter "wyjątkowy". Polscy dyplomaci w Brukseli w ostatnich miesiącach intensywnie zabiegali wśród innych krajów o poparcie wniosku. Liczyli, że co prawda część liberalnie nastawionych krajów UE z zasady sprzeciwia się pomocy państwa, ale w podobnych sprawach mogą "przymknąć oko" - bo w przyszłości to one będą potrzebować poparcia. Szwedzkie przewodnictwo w Unii Europejskiej i przedstawiciele KE, choć krytycznie nastawieni do polskiego wniosku, nie kryli, że będzie on przyjęty.