● Wydatki na prewencję i środki ochrony nieustannie rosną. Czy górnicy przyzwyczajają się do ryzyka i gubi ich rutyna?

– Teoretycznie tak nie powinno być, ponieważ od kilku już lat w większych zakładach górniczych, w tym w kopalniach węgla kamiennego, funkcjonują zintegrowane systemy zarządzania bezpieczeństwem. Obowiązują jednolite procedury, oceniane jest ryzyko na poszczególnych stanowiskach. Mimo to ciągle zbyt duża jest pokusa do pracy na skróty, czyli postępowania niezgodnego z przepisami i zasadami sztuki górniczej. Aż 75 proc. wypadków śmiertelnych i ciężkich jest spowodowanych tak zwanym czynnikiem ludzkim, czyli błędami pracowników. Nie możemy w każdym zakładzie górniczym postawić inspektora, który patrzyłby górnikom na ręce, żeby ich nie tracili w bezmyślny sposób. Kontrole są po to, by eliminować słabe punkty bezpieczeństwa. Z naszych rocznych raportów wynika, że ponad 90 proc. wypadków i chorób zawodowych w całej branży górniczej dotyczy kopalń podziemnych. Wyraźnie widać, gdzie koncentrują się zagrożenia i największe ryzyko pracy.

● Zatem gdzie jest granica tolerowanego ryzyka, której górnictwo nie może przekroczyć?

– Eksploatacja prowadzona jest na coraz większych głębokościach. Każdy metr ma konkretne przełożenia na wzrost zagrożenia klimatycznego czy metanowego. Zmieniają się możliwości techniczne. To co dziś jest nierealne i nie do zaakceptowania, za rok czy dwa będzie możliwe. Dziesięć lat temu centralna klimatyzacja w kopalniach była mrzonką, a teraz funkcjonuje. Nie mogę powiedzieć, że na przykład 1000 metrów pod ziemią znajduje się granica tolerowanego ryzyka. Barierą wydobycia może być opłacalność, gdy koszty minimalizowania zagrożeń, przygotowania nowych ścian do eksploatacji przewyższą akceptowalne rynkowo ceny surowca.