Miasta przerażone spadającymi dochodami szukają pieniędzy, gdzie się da. Dobrym, bo pewnym, sposobem na podreperowanie nadszarpniętych budżetów są regularne wpływy z płatnych stref parkowania. Warszawa właśnie powiększyła granice obszaru, w którym kierowcy muszą płacić za pozostawiony samochód. Już w lutym tak samo postąpiła Łódź. Z niektórych ulic, gdzie auta pozostawiało mało kierowców, parkomaty zniknęły. Ustawiono je za to na innych, bardziej obleganych. Podobnych planów nie ukrywa Kraków, chcący zarabiać na autach zostawianych wzdłuż ulic okalających Dworzec Główny. W Sopocie kierowcy muszą płacić nawet w soboty, choć w innych miastach parkowanie w weekend jest za darmo. Z kolei Bydgoszcz, która na funkcjonowaniu ponad 1,3 tys. miejsc parkingowych zarabia 2 mln zł rocznie, o wpływy musi walczyć ze złodziejami. Na kilkudziesięciu regularnie okradanych bydgoskich parkomatach założono metalowe obręcze.

Poznań, który jako jeden z pierwszych wprowadził strefę, rocznie zarabia na niej 15 mln zł. Strefę dodatkowo otaczają obszary buforowe, gdzie znajdują się płatne parkingi strzeżone. Cena za godzinę postoju na nich jest porównywalna z ceną postoju w strefie.

Z szacunków GP wynika, że w 2009 roku największe miasta odnotują wpływy rzędu nawet 90 mln zł. Ponad połowa tej kwoty przypadnie stolicy. Warszawa ma jednak największą w Polsce liczbę płatnych miejsc postojowych. Władze miasta szacują, że kierowcy zostawią w parkometrach, których jest ustawionych na ulicach 27 tys., ponad 53 mln zł.

Na opłatach parkingowych zarabiają także mniejsze miasta. Całkiem nieźle radzi sobie Białystok, który w 2008 roku z funkcjonowania płatnej strefy parkowania odnotował wpływy ponad 2,5 mln zł.

W tyle za innymi miastami pozostaje Lublin, który z ponad 600 miejsc parkingowych ściąga rocznie niewiele ponad 300 tys. zł. Na parkowaniu zarabiają jeszcze m.in. Kielce, Częstochowa, Gdańsk, Katowice.

53 mln zł będzie w 2009 roku kosztować kierowców parkowanie w Warszawie