Jak ogłosiło niedawno Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, zakontraktowano już 60 proc. funduszy europejskich przyznanych Polsce na lata 2014–2020. To dobra wiadomość. Gorsza jest taka, że wielu przedsiębiorców nie otrzyma w całości kwot, na które zawarli umowy, lub będą musieli zwrócić część pieniędzy. Korekty finansowe nakładane przez instytucje zarządzające z najbardziej błahych powodów stały się już regułą. Chodzi o naruszenia przepisów o zamówieniach publicznych bądź też – w przypadku przedsiębiorców, którzy nie muszą ich stosować – zasad konkurencji.

– Sądząc po sygnałach od klientów, tych korekt jest nieporównywalnie więcej niż kiedyś. Mam wrażenie, że kontrolerzy w ten sposób chcą wypełnić narzucone im statystyki – mówi Jan Roliński, adwokat w kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr, członek zarządu Stowarzyszenia Prawa Zamówień Publicznych.

Ubolewa, że zdecydowana większość tych spraw to błahe naruszenia formalne, które nigdy nie zostałyby wytknięte nam przez audytorów z UE. Co więcej, często organy krajowe nakładają korekty w maksymalnej wysokości, choć taryfikator dopuszcza zdecydowanie niższe stawki.

– Sami pozbawiamy się pieniędzy, których Komisja Europejska nigdy by nam nie zabrała. Dla niej liczy się konkurencyjność, transparentność i wpływ na rynek wspólnotowy. Dla naszych kontrolerów brak papierka czy nieistotne naruszenie terminu – żali się prawnik.

Decydują drobiazgi

Firma dostała dofinansowanie. Nie musiała stosować przepisów przetargowych, ale zgodnie z umową musiała przestrzegać reguł konkurencyjnych. Zgodnie z nimi opublikowała w Bazie Konkurencyjności zapytanie ofertowe, dając siedem dni na złożenie ofert. Pozwoliła na składanie ich zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej (e-mailem). Okazało się, że to był jej błąd. Kontrola instytucji zarządzającej dopatrzyła się nierównego traktowania wykonawców i naruszenia minimalnego terminu na składanie ofert. Ci, którzy składaliby je w formie papierowej, mogliby to zrobić tylko do godz. 17, bo wówczas kończył pracę przedsiębiorca. Ci, którzy wysyłaliby e-mailem, mieliby kilka godzin dłużej, bo do 24. Kara – obcięcie 5 proc. dofinansowania.

– Niestety przedsiębiorcy są pozostawieni sami sobie. Brakuje wytycznych, jak prowadzić postępowanie. A kontrolerzy są bardzo restrykcyjni, bo tego wymagają od nich instytucje zarządzające. Powód? Obawa przed audytem unijnym – zauważa Artur Wawryło, ekspert Centrum Obsługi Zamówień Publicznych, który również kontroluje projekty współfinansowane z funduszy europejskich.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Inny przykład – przedsiębiorca w ramach realizacji projektu unijnego musiał zapewnić usługę transportu. Ponieważ dużo mówi się o społecznej odpowiedzialności biznesu, w zapytaniu ofertowym postawił warunek zatrudnienia kierowcy na etat. Kontrolerzy uznali, że nie miał do tego prawa. Początkowo zapowiedzieli korektę w wysokości 25 proc. dofinansowania, ale ostatecznie stanęło na 5 proc. Paradoksalnie, gdyby stosował przepisy o zamówieniach publicznych, musiałby wymagać zatrudnienia na etat, ale skoro nie podlegał ustawie, to warunek ten uznano za nadmierny i ograniczający dostęp do udziału w postępowaniu.

Pojawiają się zastrzeżenia co do merytorycznego przygotowania niektórych kontrolerów. Weryfikacją poprawności dofinansowanych projektów zajmują m.in. urzędnicy skarbowi. Trudno uznać ich za ekspertów od przepisów o zamówieniach publicznych, tymczasem to oni decydują o ich interpretacji.

Bez taryfy ulgowej

Inny problem to wysokość nakładanych kar. W wielu przypadkach taryfikator korekt finansowych przewiduje widełki od 5 do 25 proc. Niestety często obcina się dofinansowanie w górnym wymiarze.

Co więcej, bywa i tak, że jedna instytucja kontrolna jest bardziej wyrozumiała od drugiej. Tak było przy projekcie budowy farmy wiatrowej. Realizująca go spółka była zobowiązana do stosowania przepisów o zamówieniach sektorowych. W trakcie prowadzenia postępowania przedłużyła termin składania ofert, nie zmieniając jednak unijnego ogłoszenia. Jak później przekonywała, nie miało to jakiegokolwiek wpływu na przetarg, gdyż oferty mogły w nim złożyć jedynie firmy, które i tak wcześniej wyrażały zainteresowanie zamówieniem, a one wiedziały o wydłużonym czasie. Zarząd województwa uwzględnił te zastrzeżenia i obniżył karę do 5 proc. obcięcia dofinansowania. Potem jednak swą kontrolę przeprowadził Urząd Kontroli Skarbowej, który uznał, że kara powinna zostać jednak podwyższona do 10 proc. W czerwcu Naczelny Sąd Administracyjny uchylił tę decyzję, uznając, że naruszała ona zasadę zaufania obywatela do państwa i prawa (sygn. akt I SA/Sz 323/18).

– Problemem jest zwykła nadgorliwość kontrolujących, formalizm i brak szerszego spojrzenia, a także brak wystarczającej wiedzy eksperckiej z zakresu specyfiki sprowadzanego zamówienia. Problem w tym, że w ostatecznym rozrachunku traci na tym cała polska gospodarka – zauważa Jan Roliński.

– Moim zdaniem ministerstwa nadzorujące instytucje wdrażające i pozostałe jednostki kontrolne powinny jak najszybciej wydać wytyczne wskazujące im, na co naprawdę trzeba zwracać uwagę. W ostatecznym rozrachunku może bowiem się okazać, że zwyczajnie stracimy część funduszy wspólnotowych – ostrzega ekspert.

Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju uważa, że i przedsiębiorcy, i kontrolerzy są przygotowani do stawianych im zadań.

– Prowadzimy działania informacyjno-szkoleniowe służące zapobieganiu powstawania nieprawidłowości. Jedną z ostatnich inicjatyw tego rodzaju jest opublikowany w maju „Podręcznik wnioskodawcy i beneficjenta programów polityki spójności 2014–2020” wraz z listami sprawdzającymi zamówienie – mówi Paweł Nowak z Biura Komunikacji MIiR.

– Podręcznik jest poradnikiem dla wszystkich planujących zawieranie umów, których przedmiotem będą dostawy, usługi lub roboty budowlane współfinansowane z funduszy unijnych. Skierowany jest przede wszystkim do beneficjentów oraz wnioskodawców, niemniej jest też pomocą dla instytucji odpowiedzialnych za kontrolę projektów i korygowanie wydatków – dodaje.