statystyki

Bank centralny ma pilnować, żeby inflacja wynosiła 2 proc. A jeśli nie jest w stanie wypełnić tej misji?

autor: Jakub Kapiszewski, Marek Chądzyński04.02.2018, 19:00
pieniądze, finanse, oszczędności, kasa

pieniądze, finanse, oszczędności, kasaźródło: ShutterStock

Wyobraź sobie, Czytelniku, że chcesz inwestować po 500 zł miesięcznie. Twój cel to uzyskanie konkretnego zysku, np. 100 zł z każdej pięćsetki. Po pół roku powinieneś mieć 3600 zł. Ale masz tylko 1000. Skąd porażka? Możliwości są dwie: albo cel od początku był nierealny, więc trzeba go zmienić, albo przyjąłeś złą strategię inwestycyjną.

W podobnej sytuacji znalazły się banki centralne na świecie. Ich nadrzędnym celem zawsze jest ochrona wartości pieniądza. Dziś powszechnie uważa się, że najlepiej robić to, przyjmując tzw. bezpośredni cel inflacyjny (BCI). Większość banków centralnych prowadzi taką politykę, aby wskaźnik inflacji oscylował wokół poziomu 2 proc. Problem polega na tym, że w rozwiniętych gospodarkach – strefie euro, Stanach Zjednoczonych, Japonii – inflacja już dawno nie osiągnęła tego poziomu. Jeśli więc instytucje na całym świecie nie są w stanie osiągnąć założonych celów, to albo źle się do tego zabrały, albo cel jest nierealny.

Jednak zacznijmy od tego, dlaczego w ogóle banki centralne mają w swoich statutach cel inflacyjny w wysokości 2 proc. Najprostsza odpowiedź brzmi: bo ekonomiści zgadzają się, że wtedy gospodarce wiedzie się najlepiej. Tempo wzrostu gospodarczego jest w sam raz, a płace i ceny rosną powoli, ale stabilnie, co wszystkim uczestnikom obrotu gospodarczego pozwala spokojnie planować przyszłość.

Cztery zamiast dwóch

Inflacja w wysokości 2 proc. jest papierkiem lakmusowym optymalnej kondycji gospodarczej. Nie chodzi więc o to, że gospodarce będzie się wiodło dobrze, kiedy wskaźnik przyjmie wartość 2 proc. – jest dokładnie na odwrót: kiedy gospodarce wiedzie się dobrze, to inflacja przyjmuje taką wartość (chociaż sama z siebie też ma dobroczynny wpływ na gospodarkę).

Tymczasem pomimo niezłej sytuacji gospodarczej w krajach rozwiniętych inflacja uparcie nie chce przekroczyć dwóch procent. Niektórzy uważają, że winę za to ponosi zastój w podwyżkach dla pracowników – w końcu jeśli ludzie zaczną więcej zarabiać, to będą więcej wydawać, a firmy zażądają większych pieniędzy za swoje produkty etc. – widoczny chociażby na przykładzie USA, gdzie pomimo rekordowo niskiego bezrobocia płace nie chcą ruszyć. Podobna sytuacja jest w Niemczech. Kiedy ostatni raz bezrobocie było tam tak niskie, wynagrodzenia rosły w tempie 5 proc. rocznie, podczas gdy teraz jest to raczej 2 proc. (czyli realnie stoją w miejscu, biorąc pod uwagę, że inflacja jest na podobnym poziomie; 30 lat temu różnica wynosiła 3 pkt proc.).

Niektórzy ekonomiści mówią więc: skoro przy 2 proc. wcale nie jest tak dobrze, to może cel inflacyjny trzeba podnieść do 4 proc.? Niezależnie od siebie taką propozycję (różnie umotywowaną) przedstawiali były główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego Kenneth Rogoff (jeszcze przed kryzysem), później jego następca Olivier Blanchard, a po drodze pomysłowi przyklasnął również noblista Paul Krugman.


Pozostało jeszcze 85% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny

Polecane

Komentarze (1)

  • Kpiarz (2018-02-04 21:08) Zgłoś naruszenie 20

    Czyli dobrze jest wtedy gdy cały czas tracimy dwa procent naszego posiadania. Tylko bez tego było nam lepiej. Ale cóż rządzący potrzebują troszkę forsy na dodatkowe wydatki propagandowe. Więc dorabiają teorię dobrym samopoczuciu gospodarki przy inflacji dwu procentowej. Coś takiego musi być efektem samoregulacji a nie centralnego sterowania. Próby takich działań zaws, e kończą się rozchwianiem gospodarki i galopującą inflacją.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane