Podobno absolwenci uczelni technicznych nie mają problemu ze znalezieniem pracy. Czy to tylko mit?

Nie, to jest prawda. Każdy absolwent, który rzeczywiście umie to, czego wymaga się od niego w programie studiów, kupowany jest na pniu. Pracodawca nie spodziewa się, że kandydat do pracy będzie umiał wszystko. Wystarczy, że będzie miał podstawy i umiał 50–60% tego, co potrzeba do wykonywania zadanej pracy. Ważne, że dzięki tym podstawom będzie się umiał szybko uczyć.

Czy jednak dyplomy takich uczelni wystarczają, by zdobyć satysfakcjonującą pracę?

Musimy rozróżnić dyplom, który potwierdza kwalifikację pełną, jak w przypadku inżyniera, magistra czy licencjata, od certyfikatu, który potwierdza kwalifikację cząstkową, w tym kwalifikację rynkową. Inżynier mechanik po 3,5-letnich studiach niekoniecznie będzie miał umiejętności stricte zawodowe, na przykład nie będzie umiał operować obrabiarkami sterowanymi numerycznie czy centrami obróbkowymi, programować robota czy go naprawiać. Ale szybko się tego wszystkiego nauczy, czy sam, czy na kursach doszkalających, czy na szkoleniu zorganizowanym przez pracodawcę. Dobrze, gdy te umiejętności zawodowe są potwierdzone w taki sposób, by było to czytelne też dla innych pracodawców. Bo ważne jest, by nie zamknąć pracownikowi możliwości zmiany pracodawcy. Dzisiaj ta mobilność jest bardzo potrzebna. Mając potwierdzone stricte zawodowe kompetencje, łatwiej jest poszukiwać pracy, a pracodawcom łatwiej rozpoznać posiadane przez daną osobę kompetencje.

Kto ma te kompetencje potwierdzać? Czy należy starać się o certyfikaty dużych koncernów, np. budowlanych czy sprzedających oprogramowanie?

W Skandynawii porozumiały się firmy zajmujące się obróbką mechaniczną. Po szkoleniu certyfikują kompetencje w zakresie operowania obrabiarkami sterowanymi numerycznie. Mają tam wielu imigrantów, głównie z Europy centralnej, dobrze wykwalifikowanych, którzy nie posiadają takich certyfikatów, ale posiadają umiejętności. Oni chcą im te kompetencje potwierdzać, bo wtedy taka osoba łatwo się porusza na ich rynku pracy w tym obszarze. Dzięki temu taka osoba jest też do takiej dziedziny bardziej przywiązana ze względu na łatwość znalezienia pracy. Tam właśnie tak to funkcjonuje.

Ale my w Polsce zrobiliśmy to systemowo – poprzez stworzenie Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji. U nas kwalifikacja, która jest potrzebna pracodawcom, może być zbudowana, może składać się z takich kompetencji, jakie są pracodawcom potrzebne, a jeśli przejdzie odpowiednią drogę przewidzianą w ustawie, może być wpisana do rejestru i od tego momentu mogą ją nadawać uprawnione instytucje. Wówczas jest oficjalnie uznana, co ważne, nie tylko w Polsce. Powinna być uznana również za granicą. I nie chodzi tu o uznanie w sensie prawa do wykonywania zawodu, jak w przypadku pielęgniarki czy lekarza. Chodzi o to, że pracodawca ma dużo większą pewność, że dana osoba posiada dokładnie takie kompetencje, jakie opisane są w kwalifikacji.

Pod warunkiem, że taka kwalifikacja jest wiarygodna…

Jeśli mówimy o wiarygodności, to chodzi o tzw. jakość kwalifikacji. A tu są dwa aspekty. Po pierwsze, kwalifikacja musi być tak opisana, aby zawarte w niej efekty uczenia się były dokładnie tym, o czym myśli pracodawca, gdy o nich słyszy; co więcej, pracodawca musi mieć dostęp do opisu kwalifikacji, aby znać wszystkie objęte nią efekty uczenia się i kryteria ich weryfikacji. Po drugie, gdy mówimy, że jest wiarygodna, to znaczy, że certyfikat potwierdzający uzyskanie kwalifikacji nie zostanie wydany, jeśli dana osoba nie posiada wszystkich przypisanych do danej kwalifikacji efektów uczenia się. To podstawowa rzecz. Jeśli choć jeden certyfikat zostanie wydany nierzetelnie, jeśli walidacja efektów uczenia się zostanie przeprowadzona nietrafnie, to można tym zepsuć cały system.

A zatem wiarygodne muszą być też wszystkie instytucje przeprowadzające walidację i wydające certyfikaty. Czy w praktyce to możliwe?

Firmy, które będą certyfikować, muszą zdawać sobie sprawę, że jeśli będą potwierdzały nieistniejące kompetencje, to nie będzie to trwało długo. To się szybko skończy ze względu na rynek, bo certyfikaty takiej instytucji nie będą brane pod uwagę. To się też skończy ze względu na rozwiązania systemowe, bo w systemie są podmioty zewnętrznego zapewniania jakości, prowadzące badania, jak jest prowadzony proces walidacji, w tym weryfikacji efektów uczenia się. Jeżeli nie będzie się to odbywać zgodnie z zasadami, jeżeli nie będzie pewności, że zapisane w kwalifikacji efekty uczenia się posiada każdy, kto otrzymuje certyfikat, to takiej instytucji zostaną cofnięte uprawnienia. 

„Ten system będzie sprzyjał tym, którzy chcą się uczyć, nabywać nowe kompetencje, być aktywni, pracować”

Hydraulicy, glazurnicy, tynkarze są na rynku rozchwytywani. Czy w takich przypadkach jest sens tworzyć kwalifikacje?

Akurat jeśli chodzi o hydraulików, to jest to bardzo dynamicznie rozwijająca się dziedzina. Dlatego też istnieją tu już takie mini kwalifikacje i certyfikaty wydawane np. przez firmy produkujące kotły gazowe. A firma taka wymaga, aby montażu kotła dokonała osoba posiadająca jej certyfikat. Również pracodawcy hydraulików wymagają, aby ich pracownicy posiadali odpowiednie certyfikaty. Dla hydraulików nie jest więc tak ważne potwierdzenie ogólnych kompetencji hydraulicznych, ale właśnie tych wąskich, związanych z nowymi technologiami stosowanymi przez wiodących producentów. Bardziej skomplikowane i trudniejsze prace wykonują teraz ci, którzy zostali niedawno przeszkoleni z nowych technologii, a ci, którzy nie mają odpowiednich certyfikatów, muszą to robić pod nadzorem osób uprawnionych.

Czym ZSK różni się od dotychczasowych rozwiązań?

Do tej pory mieliśmy głównie system edukacji, szkolnictwa wyższego oraz kwalifikacje zawodowe uregulowane. Natomiast dalsze uczenie się prowadziło do uzyskiwanie zaświadczeń certyfikatów, o których niewiele można było się dowiedzieć.Teraz dalsze uczenie się, dokształcanie zawodowe zostało uporządkowane: mamy dostęp do wszelkich informacji, jakie kompetencje dana kwalifikacja potwierdza, i zdecydowanie większą pewność, że certyfikat został wydany po rzetelnej weryfikacji efektów uczenia się. W ZSK kluczowe jest, że opiera się on nie na treściach nauczania, ale na efektach uczenia się. I nieważne, gdzie dana osoba zdobyła dane efekty uczenia się. Ważne, że je ma. Nieważne, że ja byłem tyle godzin nauczany. Ważne, że to umiem. Jeśli byłem nauczany, ale tego nie umiem, to nie uzyskam kwalifikacji.

Uczenie się przez całe życie to nie tylko udział w  kursach i szkoleniach, gdzie jesteśmy „nauczani”. To  przede wszystkim uczenie się w ramach wykonywanej pracy: zrobiłem coś, zobaczyłem, że to trzeba robić inaczej, krytycznie patrząc na moją wykonaną pracę i popełnione błędy, robię to następnego dnia lepiej, a kolejnego jeszcze lepiej, sam nauczyłem się to robić. Jestem mistrzem nie dlatego, że ktoś mnie nauczył, jak nim być. Ja sam się tego nauczyłem, wykonując pracę. Ten system będzie sprzyjał tym, którzy chcą się uczyć, nabywać nowe kompetencje, być aktywni, pracować. To jest dla nich. Naturalnie, kurs czy szkolenie jest przydatne, ale nic nie zastąpi samodzielnego uczenia się w czasie wykonywanej pracy.

"Wiele osób posiada dziś kompetencje, które są bardzo poszukiwane na rynku, choć mogą nie zdawać sobie z tego sprawy. Matka, która wychowała trójkę czy czwórkę dzieci i opiekowała się w rodzinie osobą starszą, nie ma zawodu, nie ma jak podjąć pracy. A przecież ona potrafi pełnić bardzo ważną funkcję opiekuna społecznego oraz opiekować się osobami starszymi."

Jak wdrożenie ZSK zmieni sytuację Polaków?

Będzie łatwiej zatrudniać ludzi. Zazwyczaj domyślamy się czyichś kompetencji, mówiąc, że ktoś ma doświadczenie zawodowe na stanowisku. A tu mam napisane czarno na białym, że dana osoba posiada określone efekty uczenia się. Zatrudnianie pracowników będzie więc bardziej trafne. Będzie łatwiej dobrać stanowisko do osoby lub osobę do stanowiska. A przecież sprawność funkcjonowania firmy to m.in. zatrudnianie ludzi na stanowiskach zgodnie z ich kompetencjami.

Ponadto wiele osób posiada dziś kompetencje, które są bardzo poszukiwane na rynku, choć mogą nie zdawać sobie z tego sprawy. Matka, która wychowała trójkę czy czwórkę dzieci i opiekowała się w rodzinie osobą starszą, nie ma zawodu, nie ma jak podjąć pracy. A przecież ona potrafi pełnić bardzo ważną funkcję opiekuna społecznego oraz opiekować się osobami starszymi. Nasze społeczeństwo się bogaci i należy się spodziewać, że rodziny będą chciały coraz częściej zatrudniać kogoś do opieki nad osobami, które same nie mogą sobie dać rady. Taka matka ma do tego wystarczające kompetencje, a jeśli zostaną one potwierdzone, to zdecydowanie łatwiej znajdzie sobie zatrudnienie. Ułatwi to sytuację również firmie, która będzie świadczyła takie usługi. Obecnie często zatrudnia się do tego bardzo wysoko wykwalifikowane pielęgniarki z Ukrainy, bo dyplom pielęgniarki daje gwarancję właściwej opieki. Jednak jest to zdecydowanie poniżej ich kompetencji. A tymczasem do takiej pracy wystarczyłoby zatrudnić osobę z kwalifikacją opiekuna osoby starszej. ZSK sprzyja więc znajdowaniu przez każdego własnej niszy.

Dr Tomasz Saryusz-Wolski był członkiem Zespołu Ekspertów Bolońskich, jest dyrektorem Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej, organizującego kształcenie w językach angielskim i francuskim; zajmuje się problematyką internacjonalizacji oraz wprowadzania innowacyjnych metod kształcenia w szkolnictwie wyższym; jest ekspertem w zakresie Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji.