Dlaczego tak się dzieje? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć zespół duńskich politologów z Uniwersytetu w Aarhus: Martin Baekgaard, Julian Christensen, Casper Dahlman, Asbjorn Mathiasen i Nieels Bjorn Grund Petersen. Ich praca „Rola twardych faktów w polityce. O rozumowaniu i przekonywaniu polityków” ukazała się właśnie w „British Journal of Political Science”. Duńczycy podeszli do sprawy następująco: ludzie nie lubią zmiany poglądów. Wiadomo, że takie lawiranctwo nie jest mile widziane w kulturze. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi status społeczny i związana z nim skłonność do obrony własnych poglądów oraz nierzadko biografii. Jednak na pewnym poziomie społecznego statusu wartością jest też otwarta głowa. Z tej pułapki ludzie myślący wychodzą zazwyczaj w prosty sposób. Filtrują napływające informacje. I z potoku twardych danych wyłapują to, co zgadza się z ich ukształtowanym już światopoglądem. Resztę odrzucają. Albo mają – jak to się mówi w wielu językach – z tyłu głowy.

Wielu zwolenników merytokratycznej utopii tego „z tyłu głowy” uczepiło się jak pijany płotu. Przekonując, że oczywiście jedna czy dwie sprzeczne z naszym światopoglądem informacje nie zmienią naszej oceny świata. Jednak z każdym kolejnym niepokojącym sygnałem presja na nas staje się coraz większa. Aż w końcu tworzy się masa krytyczna i doznajemy olśnienia – zmieniamy pogląd. Przeżywamy przełom, jak Bulwa (Bulwa, bohater książki Janusza Osęki „Przełom w Bulwie”, jest robotnikiem, który pod wpływem wykonywania planu sześcioletniego przekonuje się do socjalizmu – red.).

Duńczycy z Aarhus postanowili sprawdzić, czy taki mechanizm zmiany decyzji pod wpływem twardych faktów zachodzi wśród polityków. Przeprowadzili wiele ankiet eksperymentów. Na początek sprawdzili, czy tysiąc przedstawicieli tamtejszej klasy politycznej różni się od reszty społeczeństwa. Wyszło, że nie różnią się wcale. Tak samo jak reszta populacji selekcjonują twarde dane tak, by zgadzały się z ich światopoglądem. W demokracji politycy niewiele różnią się od obywateli. Można na to utyskiwać (a robią to zwykle różnej maści elitaryści), ale ma to również swoje dobre strony. Przynajmniej rozumieją społeczeństwo, które reprezentują.

Najciekawsze w eksperymencie Duńczyków było jednak coś innego. Wyszło im, że nie wystarczy bombardować kogoś twardymi faktami w błogiej pewności, że przełom w Bulwie w końcu zajdzie. Bo do niego nie dojdzie. A w każdym razie nie stało się tak wśród badanej próbki duńskich polityków. Doszło za to do czegoś odwrotnego – wielu z nich w obliczu nawału informacji niezgodnych z ich światopoglądem utwierdziło się w nim.

Wniosek? Twarde dane i stawianie na ekspertów nie przybliżą nas do budowania mostów pomiędzy różnymi obozami. Zwłaszcza gdy scena polityczna jest mocno spolaryzowana. A przecież u nas plemienność polityki jest o wiele mocniejsza niż w Danii.

Jak więc budować mosty w demokracji? Na to pytanie politolodzy z Aarhus nie dają odpowiedzi. Ale można i trzeba szukać na własną rękę. Wydaje się, że dobrym tropem jest dbanie o spójność społeczną i etos dobra wspólnego. Czyli o to, że przecież (jak śpiewał wałbrzyski punkowy skład Defekt Muzgó) „wszyscy jedziemy na tym samym wózku”. Wiem, że ekspertom wielbiącym twarde dane to się nie spodoba. Ale świat nie został stworzony po to, żeby się podobać ekspertom.