Kiedy niemal dekadę temu zaczynał się kryzys, Niemcy pochłaniały lwią część moich dziennikarskich zainteresowań. Pamiętam więc, jak reagowali niemieccy politycy oraz tamtejsza opinia publiczna. I jak im z miesiąca na miesiąc rzedła mina. Nie chodzi nawet o to, że sobie z kryzysem nie poradzili. Akurat Niemcy pod rządami Angeli Merkel były tym krajem, który najszybciej ze wszystkich dużych graczy wyszedł z recesji. Stało się tak dzięki mieszance innowacyjnych pomysłów politycznych (choćby premia rządowa za złomowanie starych samochodów i kupno nowych) oraz istnienia strefy euro. Na której Republika Federalna od dawna najmocniej korzysta.

Razem z kryzysem 2008 r. w Niemczech pojawił się jednak specyficzny „strach”. Był to strach przed zmianą. Czyli przed tym, że nie będzie już tak jak dawniej. Niemcy czuli, że z każdym miesiącem kryzysu, recesji, a potem wielkiej stagnacji dotychczasowy kształt integracji europejskiej jest coraz trudniejszy do utrzymania. A trzeba dodać, że do tego modelu byli bardzo przywiązani. Zarówno jako jego główny (obok Francji) architekt. Jak i największy beneficjent.

Ze strachu zrodziło się niezadowolenie. Napływało z różnych stron. Początkowo antykryzysowa polityka europejska Angeli Merkel była krytykowana za zbytnią opieszałość i kunktatorstwo. Wielu obserwatorów podnosiło wtedy, że gdyby niemiecka kanclerz nie kluczyła w sprawie Grecji, lecz na bardzo wczesnym etapie powiedziała „jedziemy na jednym wózku, bierzemy pełną odpowiedzialność”, to kryzys zadłużeniowy zostałby dużo wcześniej przecięty i opanowany. A ponieważ rozlewał się dalej, to pojawiło się nieuchronne. A potem zmęczenie i presja z przeciwnej strony. Można zawrzeć ją w argumencie „a niby dlaczego mamy pomagać? Czy my jesteśmy jakąś Matką Teresą?”.

Książka, którą dziś Państwu przedstawiamy, jest wyrazem właśnie tej drugiej emocji. Jego autorzy to Hans Olaf Henkel i Joachim Starbatty. Ten pierwszy był przez lata wysoko postawionym menadżerem koncernu IBM. Drugi renomowanym ekonomistą. Jednocześnie obaj panowie angażowali się politycznie, należąc do arcykonserwatywnego skrzydła niemieckiej chadecji. Ich frakcja miała z Angelą Merkel od lat otwarte rachunki. Temu skrzydłu nie podobało się przesuwanie CDU do politycznego centrum. I to przez kogo? Przez NRD-owską nowicjuszkę! Gdy zaczął się kryzys, frakcja Henkela i Starbattego przystąpiła do ofensywy. To oni dali impuls do powołania nowej siły politycznej na niemieckiej scenie. Chodzi oczywiście o Alternatywę dla Niemiec. I choć w międzyczasie obaj panowie się już z AfD pokłócili i rozstali, to emocja, którą opisują w książce, wciąż jest „na prawo od CDU” mocno obecna.

„Niemcy na kozetkę” nie stała się więc prowokacją. Porównywalną choćby z głośnymi parę lat temu książkami Thilo Sarrazina. Tamto wystąpienie było prowokacją, bo oto prominentny polityk niemieckiej socjaldemokracji zaczął uderzać w największe świętości swojej politycznej formacji (najpierw koncepcję społeczeństwa wielokulturowego, a potem w integrację europejską). Głos Henkela i Starbattego był mniej zaskakujący. O tym, że w konserwatywnych kręgach niemieckiej prawicy narodowy egoizm i poważne wątpliwości co do europejskiego federalizmu były zawsze obecne, wiedzieliśmy zawsze. I one w końcu musiały dojść do głosu. Wielkiej prowokacji tutaj więc nie ma. Jest ważna informacja. Niemcy myślą również tak jak Starbatty i Henkel. Musimy się z tym pogodzić. I nauczyć się rozmawiać również z nimi.