Aż dotąd Graeber był najważniejszym „wielkim nieobecnym” na polskim rynku książek ekonomiczno-politycznych. Amerykanin z urodzenia, osiadły w Londynie, gdzie wykłada antropologię w London School of Economics. Tak, dobrze państwo przeczytali. Właśnie antropologię! I to właśnie czyni go tak ciekawym i nieoczywistym autorem. Graeber patrzy na najważniejsze instytucje porządku gospodarczego przez soczewkę socjologii, biologii i ekonomii. A efekty wychodzą z tego fantastyczne. Jak choćby książka „Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat” z 2011 r. I dobrze wiedzieć, że Krytyka Polityczna zamierza ją wkrótce wprowadzić na nasz rynek.

Z kolei książka, która już u nas jest, to najnowsze dzieło Graebera (anglosaską premierę książka miała w początkach 2015 r.). Rzecz dotyczy biurokracji, a napisał ją w swoim stylu. Łącząc erudycyjną opowieść o jej historycznym, społecznym i ekonomicznym rodowodzie z błyskotliwą analizą polityczną. Pisaną z pozycji, której David Graeber od dawna pozostaje wierny. Lewicowego anarchizmu i alterglobalizmu, a ostatnio aktywności w ruchu Occupy Wall Street.

W „Utopii regulaminów” Graeber nie może się nadziwić, jak to możliwe, że „biurokracja” jest uważana za lewicowy pomysł. Jej pochodzenie jest przecież odwrotne. Stanowi ona wykwit rodzącej się wraz z rewolucją przemysłową gospodarki wolnorynkowej. Graeber dowodzi, że powołano ją do życia właśnie po to, żeby zabezpieczyć interesy garstki uprzywilejowanych i czerpiących korzyści z kapitalizmu. I nieprzypadkowo historia biurokracji dokładnie pokrywa się z tegoż kapitalizmu historią. Antropolog formułuje nawet swoje autorskie „żelazne prawo liberalizmu”. Które brzmi mniej więcej tak: każda reforma rynkowa i każda podjęta przez władze inicjatywa, której celem jest ograniczenie biurokracji oraz uwolnienie mechanizmów rynkowych, ostatecznie prowadzi do rozrostu regulacji prawnych, do rozrostu biurokracji i do rozrostu administracji państwowej.

Jak to? A oddychające biurokracją państwo dobrobytu? A bazujące na niej totalitaryzmy? A regulacje nakładane na gospodarkę przez różnej maści socjałów? Spokojnie, w „Utopii...” Graeber odnosi się do tych wszystkich wątpliwości. A przy okazji nieraz wywraca do góry nogami nasze konwencjonalne postrzeganie świata. Bo czy to na przykład dobrze, gdy grozimy szalonej sąsiadce wyrzucającej jedzenie na wspólny trawnik wezwaniem straży miejskiej? Czy nasz odruch nie jest pójściem na łatwiznę, który dokładnie wpisuje się w logikę kapitalistycznej przemocy? I którą pewnie wielu z nas w innej sytuacji krytykuje, a może nawet teoretycznie odrzuca. Nie jest to przykład wzięty wprost z eseju Graebera. Raczej jego delikatna parafraza. Ma ona uzmysłowić państwu, z jakiego typu przewrotnym (momentami powiemy pewnie, że trochę postrzelonym) myślicielem mamy tu do czynienia. Dlatego dobrze radzę: czytać Graebera! Może właśnie ta jego niekonwencjonalnie szeroka perspektywa i wyczulenie na paradoksy są tym, czego nam dziś najbardziej potrzeba.