statystyki

Gospodarczy koniec świata już wkrótce? Zawodowi pesymiści czyhają na nasze pieniądze

autor: Sebastian Stodolak25.06.2017, 19:30
Ekonomia, gospodarka, biznes

„Jeśli coś może się nie udać, to się nie uda” – głosi jedno z praw Murphy'ego, które pesymiści traktują ze śmiertelną powagą i uważają za tak samo realne jak prawo grawitacji.źródło: ShutterStock

Zawodowi pesymiści. Ich biznesplan jest prosty. Wywołać w nas panikę i poczekać, aż otworzymy przed nimi nasze portfele.

Reklama


Znacie Jima Rogersa? To starszy siwy pan, którego chętnie cytują media i zapraszają telewizje, dawny kolega George’a Sorosa. Założył z nim fundusz Quantum Fund, za pomocą którego Soros na początku lat 90. rozbił Bank Anglii (zarabiając na tym miliard dolarów) oraz, jak twierdzą niektórzy, wywołał kryzys azjatycki w 1997 r.

Ale Rogersa wtedy już w QF nie było. Odszedł jeszcze w latach 80. i został telewizyjnym ekspertem od finansów, akademikiem, pisarzem, globtroterem (jedna z jego podróży, w trakcie której zwiedził 116 państw, została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa). Oraz zawodowym pesymistą. W najnowszej prognozie wieszczy kryzys gospodarczy, jakiego jeszcze świat nie widział. Wybuchnie on, jak stwierdził Rogers w rozmowie z szefem redakcji portalu Bussiness Insider Henrym Blodgetem, pod koniec tego roku albo w przyszłym.

– Niektóre amerykańskie akcje zmienią się w bańki. Bo bańki pojawią się na pewno. Potem bańki pękną i tego musimy się obawiać. Bardzo. To naprawdę będzie poważna sprawa. (...) W Stanach miewamy problemy finansowe średnio co cztery do siedmiu lat, licząc od powstania republiki. A od ostatniego kryzysu minęło ponad osiem. (...) Lepiej zacząć się bać – straszył.

Boicie się?

Inwestowanie w strach

Jim Rogers liczy, że tak. I chce tego o wiele bardziej, niż może się wam wydawać. Bo nie powiedziałem wam całej prawdy o tym Amerykaninie. Rogers nigdy nie zerwał z inwestowaniem. Zmienił tylko jego formę i zamiast spekulować walutą, zaczął obracać towarami takimi, jak żywność czy surowce naturalne, nabywać ziemię uprawną w Azji (dokąd się zresztą przeprowadził) i skupować złoto. Prognozy, które formułuje, mają związek z należącymi do niego aktywami – w tym sensie, że jeśli uda mu się przekonać ludzi o nieuchronności zbliżającego się kryzysu, niechybnie wzrośnie wartość jego majątku. W niepewnych czasach ludzie chcą posiadać coś trwałego i namacalnego bądź coś, co można w razie potrzeby skonsumować – a majątek Rogersa składa się właśnie z takich rzeczy. Zresztą on sam specjalnie nie ukrywa swojej filozofii inwestycyjnej. W ostatniej swojej książce „Street Smarts” (Uliczne bystrzaki) pisze wprost, że jego działania biznesowe to wynik konstatacji, że skończyła się już „era Wall Street”, a USA i Unia Europejska upadają. Kryzys, który z zapałem wieszczy, przypieczętowałby ten upadek.

Oczywiście Rogers tak naprawdę nie pragnie kryzysu, ale z całą pewnością chciałby, by ludzie go z obawą wyczekiwali. Nawiasem mówiąc, bliźniaczą strategię przyjął pewien znany polski profesor ekonomii, powołując 5 lat temu do życia fundusz inwestycyjny, który ma zarabiać w razie, gdyby załamała się europejska gospodarka. Profesor był pewien, że to kwestia roku czy dwóch. Wbrew jego oczekiwaniom giełdy nie przebiły jeszcze dołków z marca 2009 r., a jedno euro wciąż kosztuje więcej niż jeden dolar. Skutek? Ci, którzy zarazili się jego pesymizmem i zainwestowali swoje pieniądze już w 2012 r., teraz mają 60-procentową stratę.

Ale ani Rogers, ani on nie są wyjątkowi w próbie zbicia majątku na pesymizmie. Na rynku roi się od przedsiębiorców, którzy żerują na naszym strachu i robią to w sposób systemowy. A to, że z siania strachu można nieźle żyć – zwłaszcza w miarę postępu technologii ułatwiających rozprzestrzenianie się sensacyjnych informacji – odkrywa coraz więcej ludzi. Jak zauważył celnie ekonomista Bryan Caplan, mamy powszechną tendencję do postrzegania rzeczywistości, zwłaszcza rzeczywistości gospodarczej, w czarnych barwach. – Dobrze już było – mówimy często. Zawodowi pesymiści wiedzą to i wykorzystują. Świetnym przykładem są ubezpieczyciele, którzy przekonują nas o nadzywczaj wysokim prawdopodobieństwie wypadku, gdy w jednym czasie spada nam na głowę cegła, trafia piorun i płonie dom – i namawiają do kupna polisy.

Oczywiście nie ma w tym nic złego, że kapitalista chce zarabiać w każdy możliwy sposób. Powinniśmy jednak być świadomi, że sprzedawany nam często pod pozorem troski pesymizm wynika z chłodnej i nastawionej na zysk kalkulacji. I że właśnie dlatego opiera się na przesadzie.

Ta świadomość jest ważna także dlatego, że pesymiści to zazwyczaj ludzie cieszący się uznaniem (politycy, biznesmeni, ekonomiści), a ich opinie zyskują spory rozgłos.

Ludzie małej wiary

Świadomości tej nie mają osoby odpowiedzialne za politykę gospodarczą. I chętnie słuchają pesymistów. A to właśnie oni spowodowali, że światowe rządy w ostatnich dekadach tyle energii poświęcają globalnemu ociepleniu, robotyzacji i nierównościom. Optyka pesymistów każe te zjawiska uznać za śmiertelne zagrożenia.

Dlaczego rządy są tak podatne na czarnowidztwo? To oczywiste. Zawodowi pesymiści specjalizują się w tworzeniu najczarniejszych z możliwych interpretacji faktów oraz zjawisk, pomimo że nie są te interpretacje jedynymi możliwymi ani nawet najbardziej spójnymi i prawdopodobnymi. „Jeśli coś może się nie udać, to się nie uda” – głosi jedno z humorystycznych praw Murphy'ego, które pesymiści traktują ze śmiertelną powagą i uważają za tak samo realne jak prawo grawitacji. Gdy już zidentyfikują zagrożenie, natychmiast przechodzą do części konstruktywnej, w której proponują rządową (najczęśniej niewysublimowaną i sprowadzającą się do jakiejś formy redystrybucji) interwencję – i to równą w skali rysowanemu przez siebie zagrożeniu. Klimat się ociepla? Trzeba nowych regulacji i podatków, bo bez tego świat się zawali. Gospodarka się automatyzuje, przez co znikają miejsca pracy? Potrzeba nowych regulacji i podatków. Nierówności wywołują niepokój społeczny i dają pożywkę populistom? Potrzeba... no właśnie, wiadomo czego. Pesymizm to naturalny sprzymierzeniec rządu, który chętnie powierza jego krzewicielom rolę ekspertów i opiniodawców, za co też sowicie im płaci.

Co innego optymizm. Optymistyczna perspektywa każe wiele problemów zwyczajnie zbagatelizować, uznając, że rynek sobie z nimi jakoś w końcu poradzi. Rynek, czyli ludzie. Bo – to warto przypomnieć – rynek to ludzie podejmujący przedsiębiorcze aktywności. Gdzie tu miejsce na interwencje i wzmacnianie rządu? Nie ma. Swoją drogą historia ostatnich 200 lat daje znacznie większe powody do optymizmu niż do pesymizmu. Choć marksiści przekonywali, że kapitalizm w wyniku wewnętrznych sprzeczności sam siebie wykończy, to ten wciąż trwa. Nie bez problemów, ale trwa. Klasyczny ekonomista Robert Malthus przewidywał u progu XIX w., że populacja Ziemi będzie się podwajać co 25 lat, za czym nie nadąży produkcja żywności i świat wpadnie w nędzę. Tymczasem od 1800 r. populacja Ziemi wzrosła z 1 mld do 7 mld, ale w tym czasie nędza się zmniejszyła, a przyczyną panującego wciąż tu i tam głodu z całą pewnością nie jest brak żywności. Gdyby Malthus wstał z grobu, rozczarowałby się. Podobnie jak rozczarował się Paul Ehrlich, wszchstronny amerykański uczony, który przekonywał od lat 60. XX w., że zasoby naturalne wkrótce się wyczerpią. Na prognozy te zareagował w 1980 r. Julian L. Simon, ekonomista ze szkoły chicagowskiej, proponując Ehrlichowi zakład: „Wybierz pięć dowolnych surowców naturalnych, które mają się według ciebie wyczerpać, a ich ceny wzrosnąć. Ja obstawiam, że ceny spadną. Horyzont czasowy: dekada”. Ehrlich wybrał chrom, nikiel, wolfram, cynę i miedź. Kto zakład wygrał? Simon.

„Nie wierzę, że zasoby są nieskończone, ale wierzę, że dzięki naszej wiedzy, obecnej i przyszłej, możemy manipulować naturą w taki sposób, żeby dawała nam wszystko, czego potrzebujemy w coraz niższych cenach w relacji do naszego ogólnego dochodu. W skrócie, naszym rogiem obfitości jest ludzki umysł, a nie środowisko naturalne rozumiane jako Święty Mikołaj. Tak było w przeszłości, będzie tak i w przyszłości” – tłumaczy Simon w książce „Pierwotny zasób” (Ultimate resource). To właśnie z wiary w człowieka, w jego zdolności do adaptacji i kreatywnego działania bierze się optymistyczne spojrzenie na gospodarkę. Wiary popartej bardzo mocnymi dowodami.


Pozostało jeszcze 51% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Komentarze (3)

  • Ziutek(2017-06-25 23:36) Zgłoś naruszenie 30

    Pozytywne myślenie nie wyklucza ostrożności i przewidywania kłopotów. Ważny jest sposób podejścia do zagrożeń. Będąc strażakiem prowadzę wykłady jak zachować się podczas pożaru lub innego kataklizmu ... i co ? Podejście w Polsce jest jak zwykle. Wypieranie niechcianych informacji . Pan nas starszy !!! Mówi kobieta z wyższym wykształceniem. A ja nie straszę - opisuję tylko jak to się dzieje i co należy robić, żeby ocalić życie. Żyjemy na "wyrost", ciągle się łudząc, że wszystko co złe NAS ominie. Wystarczy się pomodlić .....

    Odpowiedz
  • mądrala(2017-06-26 13:34) Zgłoś naruszenie 00

    Mamy wszystko specjalne i nic ci do tego

    Odpowiedz
  • chowder(2017-06-26 02:18) Zgłoś naruszenie 01

    Następny polski idiota...Czy macie tam u siebie jakiś specjalny klimat..?

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

Reklama