W cieniu populistycznych chwytów tej najbardziej bezideowej kampanii w dziejach Ameryki na jej wynik nerwowo czekają finansiści.
Reklama
– Odbyło się u nas któregoś wieczora nieformalne spotkanie, z pizzą i piwem. Zeszło na wybory. Kierownictwo generalnie uważa Donalda Trumpa za wariata. Jako biznesmen się skompromitował. Ale jego absolutny brak doświadczenia politycznego może być z naszej perspektywy wielkim atutem – mówi DGP menedżer średniego szczebla w jednym z dużych banków inwestycyjnych. – Jeżeli on zupełnie nie ma zaplecza, a jest nam generalnie życzliwy, to mamy duże pole do popisu, by wpłynąć na niego i obsadzić resorty gospodarcze potrzebnymi nam ludźmi. A potem sterować jego polityką. Taka jest wykładnia firmy – dodaje. Te słowa jak w soczewce skupiają pragmatyzm Wall Street w odniesieniu do wyborów. Z jednej strony panuje atmosfera lęku przed ich nieprzewidywalnością. Z drugiej przekonanie, że w zasadzie z każdym z kandydatów można wypracować porozumienie i zapewnić sobie co najmniej życzliwą neutralność.
Ale to może być złudna nadzieja. Donald Trump nieraz dowiódł, że do niego należy ostatnie słowo, i jest na tyle porywczy i nieprzewidywalny, że może odprawić z kwitkiem swojego doradcę, którego przez lata darzył zaufaniem. Kolejny z naszych rozmówców zwraca uwagę na poważniejszą sprawę niż zaplecze kadrowe kandydatów.

Reklama
– Donald nigdy nie pracował w strukturze, w której musiałby uważać na słowa. A ta kampania jeszcze wzmocniła jego poczucie wszechwładzy, że może powiedzieć dosłownie wszystko, a i tak dobrze na tym wyjdzie. Wiemy przecież, jak rynki reagują na jedno niefortunne słowo albo prognozę. Jeśli agencja ratingowa zasugeruje tylko, że może podłubać przy ocenie rentowności spółki czy obligacji, zaczyna się wielka wyprzedaż. Trump nieraz mówił, że szykuje się na wojnę handlową z Chinami. Nigdy jeszcze żaden kandydat w ostatnim stuleciu nie używał słowa „wojna” w kontekście ceł i regulacji – dodaje kolejny nasz rozmówca. – Trudno przewidzieć, jak by się to odbiło na rynkach, gdyby gospodarz Białego Domu w ten sposób zaczął mówić. Zapowiedź budowy muru nad Rio Grande, która przecież pociągnęłaby za sobą niewyobrażalne wydatki, też na pewno wywołałaby reakcję inwestorów – przekonuje.
Pod tym względem dla Wall Street znacznie bardziej strawna jest Hillary Clinton. Jej zwycięstwo to zapowiedź znanego schematu stosunków między światem biznesu i amerykańskiej polityki. Zblatowania w starym stylu. Przewidywalność i bezpieczeństwo.
Pamiętajmy jednak, że prezydent Stanów Zjednoczonych nie rządzi sam. Jakiekolwiek przekroczenie granicy, nieodpowiedzialna wypowiedź (niezależnie, z której strony sceny politycznej) od razu może wywołać reakcję łańcuchową. Na ręce prezydentowi patrzy przede wszystkim Kongres, który głosami nie tylko demokratów, lecz także republikanów zablokuje jakąkolwiek ryzykowną czy absurdalną legislację. Swojego szefa kontroluje też przez cały czas prokurator generalny, któremu podlega Federalne Biuro Śledcze i który, jak w Polsce, jest z urzędu członkiem gabinetu.
Sam Donald Trump podczas spotkania z wyborcami w Pensylwanii w ostatnim tygodniu kampanii powiedział, że nikt nie wyrządził więcej szkody amerykańskiej gospodarce niż Barack Obama. „Ustawa Dodda-Franka (regulacja wprowadzająca obostrzenia w funkcjonowaniu banków inwestycyjnych po krachu 2008 r. – red.) w zasadzie uniemożliwiła instytucjom finansowym normalne funkcjonowanie. Pożyczanie pieniędzy biznesmenom, nawet tym drobnym, żeby mogli tworzyć miejsca pracy, stało się praktycznie niemożliwe – stwierdził, budząc powszechny aplauz. To oczywiście nieprawda i radykalne nadużycie. Rynek kredytów wrócił w zasadzie do poziomu sprzed kryzysu, a bezrobocie w ciągu ośmiu lat rządów Obamy spadło z 11 do 4,9 proc., czyli do w zasadzie normalnego poziomu w gospodarce rynkowej.
Hillary Clinton nazwała propozycję Trumpa (by wycofać ustawę Dodda-Franka) zuchwałym i groźnym pomysłem, który zniszczy amerykańską klasę średnią. Na mocy tego prawa powstała rządowa agencja regulacyjna Consumer Financial Protection Bureau, której zadania podobne są do naszej Komisji Nadzoru Bankowego. Jej likwidacja może ułatwić powrót do procederu udzielania niespłacalnych kredytów hipotecznych typu subprime, które w 2007 r. doprowadziły do upadku rynku nieruchomości, a w konsekwencji załamania się banków inwestycyjnych, które – w pewnym uproszczeniu – handlowały ryzykiem.
W przypadku Hillary Clinton Wall Street z kolei obawia się, że potencjalna pani prezydent stanie się zakładniczką lewicy i ustawa Dodda-Franka zostanie jeszcze bardziej wzmocniona, a regulacje rynków finansowych będą dotkliwsze dla korporacji. – Chodzi przede wszystkim o ochronę pakietów ubezpieczeniowych ludzi, ich hipotek oraz oszczędności emerytalnych. Korporacje sprzedające te produkty nie będą mogły zbyt ryzykownie inwestować, co w obecnej, umiarkowanej koniunkturze nieco je spowolni. Wall Street już wydaje ciężkie pieniądze na lobbing, by to zablokować – mówi DGP Dante Scala, politolog z Uniwersytetu New Hampshire. – Zresztą nowojorskiej finansjerze już się to udało. Ostateczna wersja ustawy Dodda-Franka jest dużo łagodniejsza niż oryginalny tekst – podsumowuje.