Z pozoru wszystko jest w porządku: rozwijamy się w tempie 4 proc. rocznie, dobra koniunktura napędza wpływy do budżetu, tak dobrych nastrojów wśród konsumentów jak obecnie nie było nigdy, bezrobocie jest rekordowo niskie. W czym więc problem?
A no w tym, że czasami ważniejsze od „jak szybko” jest „w jaki sposób”. Dziś polska gospodarka rwie do przodu na prywatnej konsumpcji, i to w dużej części zasilanej pieniędzmi z zebranych wcześniej podatków. Nie jest to najlepsze „w jaki sposób”, jakie można sobie wyobrazić. Pierwszy powód: im więcej kupujemy, tym mniej oszczędzamy. Oszczędności krajowych i tak mamy mało, co powinno spędzać sen z powiek ludziom odpowiedzialnym za gospodarkę. Jeśli wychodzimy z założenia, że nadmierna rola kapitału zagranicznego w gospodarce jest czymś negatywnym, to na oszczędności krajowe powinniśmy chuchać i dmuchać. Weźmy choćby finansowanie deficytu, czyli emisje długu publicznego. Można się zadłużyć do niebotycznych rozmiarów, jak Japonia, i spać spokojnie – ich dług przekracza 200 proc. PKB, ale w ponad 90 proc. ma pokrycie w oszczędnościach krajowych. A można mieć dług na poziomie 55 proc. PKB i mieć z tyłu głowy, że zagranica kontroluje ponad połowę. Jak u nas.
Kolejna sprawa to inwestycje. Skoro wydajemy na zakupy, zamiast oszczędzać, to z czego te inwestycje miałyby być finansowane? Gdy na początku lat 90. Polska zabiegała o zagraniczny kapitał, który miał wesprzeć gospodarczy rozwój, było to zrozumiałe. Oszczędności praktycznie nie było, terapia szokowa z planu Balcerowicza spowodowała silne zubożenie społeczeństwa (odsetek osób żyjących poniżej minimum socjalnego wzrósł z 15 proc. w 198 9 r . do 40 proc. w 199 4 r .). Ale teraz, gdy ma się na sztandarach patriotyzm gospodarczy, repolonizację, reindustrializację i tym podobne, nie wypada opierać swoich planów budowy gospodarczej potęgi na pieniądzach z zewnątrz.