Poruszanie tego tematu może być trochę nie na miejscu w momencie, gdy obniża się perspektywa ratingu wiodących gospodarek strefy euro, Hiszpania zaczyna balansować na krawędzi wypłacalności, a u nas – afera taśmowa trzęsie rządem i władzami pewnej spółki magazynującej zboże.
Spółki zresztą państwowej i nikt nie wie, dlaczego jeszcze państwowej, przecież państwo nie jest i nigdy nie będzie specjalistą od elewatorów. Jedyną przesłanką, a właściwie pseudoprzesłanką, żeby ta spółka pozostawała w rękach państwa, jest cała kombinacja posad, które zapewnia politykom oraz ich krewnym i znajomym.
Ale zostawmy Elewarr jego losowi i życzmy tej firmie jak najszybszej prywatyzacji. Zajmijmy się natomiast tym, co państwo realnie chce sprzedać. I tutaj przechodzimy od spraw dużych do, wydawałoby się, mniejszych. Nie chodzi bowiem o gospodarcze perły tego kraju, których sprzedaż zawsze budzi gigantyczne emocje. Chodzi o częstotliwości. Drobiazg, rzeczy wyjątkowo mało sexy? Być może. Tylko że od tego, co w sprawie częstotliwości zadzieje się w najbliższych miesiącach, w dużej mierze zależy kształt polskiego rynku telekomunikacyjnego. I to, jak on będzie funkcjonował w odniesieniu do nas, klientów. Odwołując się do słynnego powiedzenia Jana Himilsbacha: kryzys w strefie euro minie, Europa dodrukuje pieniędzy, a my w tej telekomunikacji zostaniemy z tym, co sobie teraz poustalamy. I trudno będzie to odkręcić.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.