Nasze państwo nadrabia zaległości, ale bez wątpienia może funkcjonować sprawniej. Wymaga to jednak podjęcia – wbrew temu, co mówi premier Donald Tusk – trudu zmian. Jeśli się na to nie zdobędziemy, przyjmiemy – co słusznie podkreśla główny strategiczny doradca premiera Michał Boni – kurs na dryfowanie i stagnację.
„Nie jest prawdą, że w dobie kryzysu (...) możemy sobie pozwolić na zbyt kosztowne reformy, które przyniosą oszczędności w odległej przyszłości” – mówi w wywiadzie dla „Polityki” Donald Tusk. W tym stwierdzeniu tkwi kakofonia. Premier z jednej strony mówi „nie reformujmy”, a z drugiej chwali się w Brukseli oszczędnościami w emeryturach pomostowych, które zostały wprowadzone zaledwie od początku 2009 r. Tezie premiera przeczą też inne fakty. Jak wylicza dzisiaj „DGP” z Fundacją FOR, np. podniesienie wieku emerytalnego daje natychmiastowe oszczędności. Podobnie jak zmiany w sposobie wypłacania świadczeń czy Karcie nauczyciela. Ponadto trud reform daje nadzieję na przyszłość, a ich zaniechanie oddala od scenariusza szybkiego wzrostu. Premier nie tylko wątpi w ten trud, ale odwleka – bardziej ze względów wewnętrznych rozgrywek politycznych niż z konieczności – moment sformowania nowego rządu. Mimo że na Zachodzie wzbiera burza i musimy szybko uciekać do przodu. Jaki będzie tego efekt? Do grudnia w ministerstwach urzędnicy, zamiast pisać projekty ustaw czy pracować koncepcyjnie, będą rozmawiać, kto zostanie, a kto z rządu wyleci. Dwa zmarnowane miesiące – na koszt podatników oczywiście.
Polacy są tymi grami i słabą jakością polityków zniechęceni. Głosują nogami. Na wybory nie poszła połowa z nich, a w 2010 r. znów zaczęła rosnąć liczba rodaków, którzy wybierają emigrację – mimo kryzysu w Unii. Już ponad milion osób w ciągu zaledwie kilku lat – głównie z mojego pokolenia, czyli osób w sile wieku, przedsiębiorczych – wybrało zagranicę. Dlaczego tak się dzieje? Może stracili nadzieję. Nadzieję, że bez problemu zapiszą dziecko do przedszkola, że szkoła będzie dla nich, a nie dla nauczycieli, że państwo nie będzie obdzierać ich z dochodów, oferując marny serwis, że pojadą wreszcie normalnymi drogami czy pociągami, że dostaną się z dzieckiem do lekarza, a jak założą firmę, to nie będą przez urzędników traktowani jak potencjalni przestępcy. Może nie mają już nadziei, że państwo stanie na straży słabszych, a nie lepiej zorganizowanych, reprezentowanych politycznie czy po prostu silniejszych. Państwo ich zawiodło, a ich wyjazd jest policzkiem dla prowadzonej polityki. Podobnie jak to, że Polki w Wielkiej Brytanii rodzą dwa razy więcej dzieci niż w kraju. To tam, a nie nad Wisłą ich rodzice czują się bezpiecznie i komfortowo.