Mimo apokaliptycznych ostrzeżeń demografów, lansowania mody na macierzyństwo i inwestycji w politykę rodzinną wskaźniki dzietności państw rozwiniętych regularnie spadają. Dotyczy to również Polski, gdzie w 2010 r. liczba urodzeń znów poszła w dół (z 419 tys. do 413 tys.). Dla porównania warto zestawić te liczby z rekordowym 1984 r., gdy – mimo ogólnej ekonomicznej i społecznej mizerii – nad Wisłą urodziło się aż 724 tys. młodych Polaków. Na pierwszy rzut oka ten trend zupełnie nie dziwi. Bo jeśli człowiek jest istotą dążącą przede wszystkim do maksymalizacji swoich korzyści, po co płodzić dzieci? Wystarczy przecież podliczyć koszty: zarówno te bezpośrednie (pieluchy, zachcianki, edukacja), jak i utratę wielu innych korzyści ekonomicznych (spowolnienie, a często wręcz złamanie kariery matki). Do tego dochodzi notowany we wszelkich badaniach spadek szczęśliwości młodych rodziców w porównaniu z ich bezdzietnymi rówieśnikami. I ogólny stres, czy podołają odpowiedzialnej roli rodzica. Co dostajemy w zamian? Niewiele. Co najwyżej trudno uchwytne poczucie spełnienia i wdzięczność po latach. Jak to określił amerykański ekonomista Bruce Sacerdote: „Dzieci to w nowoczesnym społeczeństwie inwestycja przypominająca (w najlepszym wypadku) nudne papiery rządowe. Zysk mały (jeśli w ogóle) i dopiero po wielu latach”.

Nieco pociechy w serca rodziców wlewa jednak najnowsza książka Bryana Caplana, ekonomisty z uniwersytetu George’a Masona w Wirginii pod wymownym tytułem „Selfish Reasons to Have More Kids” (Kilka egoistycznych powodów, dla których warto mieć więcej dzieci). Autor (ojciec trójki) rozbija w niej jeden po drugim większość argumentów odstraszających zabieganych wielkomiejskich potencjalnych rodziców od posiadania potomstwa. Weźmy choćby argument o szczęściu. Zgoda – bezdzietni wypadają lepiej niż młodzi rodzice. „Statystyczna różnica jest jednak niewielka. Dziecko zmniejsza prawdopodobieństwo, że jesteś osobą »bardzo szczęśliwą« tylko o 5,6 proc. Dla porównania »udany związek« winduje ten sam wskaźnik aż o 18 proc.” – twierdzi Caplan. To co najlepsze dopiero jednak przed nami. W dziedzinie spadku szczęśliwości największe zniszczenie sieje pierwsze dziecko. Każde kolejne to już niezauważalny statystycznie spadek rzędu 0,6 proc. Te liczby dają nam, młodym rodzicom, trochę nadziei, że można zacisnąć zęby i przetrwać. Bo w długim okresie i późniejszym wieku dzieci podnoszą zadowolenie z życia.

Statystycznie wielu młodych ludzi nie chce mieć dzieci z lęku przed niemożliwością zapewnienia im dobrej przyszłości: opłacenia szkoły, opiekunek, większego mieszkania itd. I tu Caplan przychodzi im na ratunek. Powołując się na najnowsze badania z dziedziny genetyki behawioralnej, twierdzi, że my – rodzice – tylko w niewielkim stopniu mamy wpływ na zawodową i materialną przyszłość naszych pociech. Owszem, dzieci rodziców z niepełnym wykształceniem podstawowym mają mniejsze szanse na skończenie studiów. Ale gdy bada się potomstwo wychowywane przez wielkomiejską klasę średnią, nie sposób wskazać twardych dowodów na to, że na przykład czytanie przed snem czy prywatne lekcje gry na pianinie znacząco zwiększają szanse na zawodowy czy finansowy sukces potomka. „Dlatego można wyluzować i przestać traktować dziecko jako ambitny projekt swojego życia. Po prostu cieszyć się każdym wspólnym dniem” – przekonuje Caplan.

Ale najważniejsze jest jego zdaniem to, że dziecko to ten rodzaj inwestycji, za którą płaci się w przeważającej części z góry. A każdy inwestor zna przyjemny efekt psychologiczny z tym związany. Krzywa zadowolenia z życia w krajach rozwiniętych zazwyczaj dołuje w okolicach pięćdziesiątki, a potem idzie ostro w górę. Nieprzypadkowo. To wówczas dzieci badanych kończą szkołę i idą na swoje. Nagle czujemy się jak po wpłaceniu ostatniej raty kredytu mieszkaniowego: mamy i własny dom, i wyższą pensję na koncie na koniec miesiąca.