Zarząd snuje ambitne plany, tymczasem jedyny ratunek dla przewoźnika to kontrolowane bankructwo.
Anglicy proroczo tłumaczyli kiedyś nazwę LOT jako „a LOT of troubles” (mnóstwo kłopotów). Żeby tylko nie skończyło się jak w przypadku belgijskich linii Sabena, których nazwę rozwijano jako „Such A Bloody Experience Never Again” (nigdy więcej takiego piekielnego doświadczenia). Sabena zbankrutowała z hukiem kilka lat temu. Oszczędzenie takiego piekielnego doświadczenia naszemu przewoźnikowi nie będzie łatwe. Wciąż podąża on śladem Sabeny ze zbyt wielką i roszczeniową załogą, przestarzałą flotą, niedopasowaną do możliwości siatką połączeń, a za sterami przewoźnika siada średnio co pół roku (to chyba rekord świata) nowy pilot i zmienia kierunek. Najbliższe miesiące będą decydujące. Pokażą, czy firma jest w stanie przetrwać turbulencje i skorzystać na ożywieniu na rynku lotniczym.
Nowy prezes Marcin Piróg ujawnił właśnie, że strata operacyjna za 2010 r. wyniosła 160 mln zł, czyli była o 50 mln zł niższa niż rok wcześniej. To jednak więcej, niż zakładano. Wzrosło też znacznie długoterminowe zadłużenie. Na plusie przewoźnik ma się znaleźć dopiero w 2012 r., gdy przylecą od producenta mocno opóźnione B 787 Dreamliner. Pytanie, czy kolejny już termin jest realny. Nie przeszkadza to zarządowi snuć ambitnych planów rozwoju siatki połączeń. Na razie poirytowane zbyt wolną restrukturyzacją Ministerstwo Skarbu radzi, by nie dostosowywał siatki połączeń do majątku i zatrudnienia, a odwrotnie. Resort chce, by LOT był gotów do prywatyzacji jeszcze w tym roku.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.