W Ameryce upadają wielkie księgarnie sieciowe, które przez ostatnie 30 lat niszczyły niezależnych sprzedawców. Teraz same stają się ofiarą rosnącej potęgi internetu. Ich klęska otwiera ponownie szansę dla małych księgarni oferujących dobrą literaturę: muszą się tylko nauczyć przyciągać klientów. Druga rewolucja na rynku sprzedaży książek zbliża się do apogeum.

Wszyscy pamiętamy ponurą wymowę filmu „Masz wiadomość”. Miła blondynka (Meg Ryan) jest tam właścicielką rodzinnej księgarni, która plajtuje, kiedy w pobliżu otwiera się wielka księgarnia sieciowa, należąca do bezlitosnego biznesmena (Tom Hanks). Kiedy trzynaście lat temu kręcono film, sieci kwitły, przyciągając klientów ogromną ofertą i sprzedażą dyskontową, a niezależni sprzedawcy padali jak muchy. Wielu opłakiwało tę sytuację, tak jak ekspansję McDonald’s kosztem małych restauracyjek. Pierwsza nowoczesna rewolucja na rynku księgarskim osiągała właśnie swoje apogeum.

Zaczęła się w 1971 roku, gdy bracia Borders, studenci University of Michigan w Ann Arbor, wymyślili system inwentaryzacji książek pozwalający na dostosowanie oferty do potrzeb danej okolicy. W dwóch pokojach blisko kampusu założyli pierwszą księgarnię, która stała się zalążkiem wielkiej sieci Borders. W 1992 roku została ona kupiona przez właściciela supermarketów Kmart i w czasach świetności pomogła wyeliminować niejedną księgarnię niezależną. Od 1997 roku prowadziła też ekspansję za granicą, otwierając sklepy w Singapurze, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Australii i Nowej Zelandii.

W tym samym czasie wyścig po pieniądze amerykańskich czytelników rozpoczynał także nowy właściciel starej księgarni Barnes & Noble przy Piątej Alei na Manhattanie. Pierwszym krokiem było powiększenie podupadającego sklepu, tak by pomieścił 150 tys. tytułów i stał się zarazem największą księgarnią świata. Kolejnym rewolucyjnym pomysłem stało się sprzedawanie książek z listy bestsellerów „New York Timesa” z 40-proc. rabatem w stosunku do ceny ustalonej przez wydawcę. Odtąd ceny promocyjne będą stałym punktem oferty sieci księgarskich. W latach 70. i 80. Barnes & Noble otwierał nowe salony sprzedaży, często poprzez przejęcie już istniejących sieci, i na początku lat 90. doszedł do formuły megastore – olbrzymiego sklepu sprzedającego także muzykę i inne materiały edukacyjne.

Bezlitosny internet

Ale te czasy świetności obie sieci dawno mają za sobą. Od dziesięciu lat rynek księgarski przeoruje kolejna rewolucja. Kiedy w 1994 roku Jeff Bezos założył Amazon.com, nie spodziewał się szybkich zysków. I rzeczywiście, na początku firma rozwijała się wolno, ale kiedy siedem lat później przyniosła pierwszy zarobek, dla wielu stało się jasne, że przyszłością rynku jest internet. Największa tradycyjna księgarnia może pomieścić 200 tys. tytułów, Amazon ma ich w ofercie ponad 1,5 mln. A dla Amerykanów, od lat przyzwyczajonych do kupowania w sprzedaży wysyłkowej nawet ubrań, zamawianie książek czy płyt przez internet jest całkowicie naturalne. Amazon to dziś nie tylko największa księgarnia, lecz także największy sklep internetowy świata, a jego ostatni szacowany roczny przychód to ponad 30 mld dol. Dla porównania, największa dziś w USA sieć księgarska Barnes & Noble ma roczny przychód rzędu 5,8 mld dol., a Borders 2,8 mld.

Internet niszczy sieci księgarskie, tak jak one same zniszczyły kiedyś małych sprzedawców. Ci, którzy chcą przetrwać, muszą sami wejść do sieci – jeśli nie jest już za późno. Barnes & Noble zrozumiał to w latach 90. i przeniósł prowadzoną od lat sprzedaż wysyłkową z katalogu do internetu. Ten krok uratował firmę: o ile sprzedaż w salonach stale spada (o 4,5 proc. w ciągu pierwszych 10 miesięcy 2010 roku), to handel online podskoczył w tym czasie o 46,7 proc.