Sytuacja geopolityczna i makroekonomiczna nie sprzyja budowaniu konkurencyjności naszej gospodarki. Spowolnienie, a nawet zahamowanie inwestycji, zwłaszcza w sektorze prywatnym, który do niedawna był motorem gospodarki, i sytuacja demograficzna oraz związany z tym brak rąk do pracy pogłębiają niekorzystne prognozy.

Prognozowany znaczący spadek liczby osób w wieku produkcyjnym wymusi na pracodawcach zmianę strategii zatrudniania. W przyszłości firmy powinny poszukiwać potencjalnych pracowników wśród osób starszych i kobiet, te grupy stanowią duże rezerwy dla rynku pracy. Aby to zrobić, konieczne jest spopularyzowanie bardziej elastycznych form zatrudnienia. Chodzi tu o pracę w niepełnym wymiarze czasu oraz elastyczne godziny pracy. I tutaj sprawdzą się umowy-zlecenia przez niektórych zwane „umowami śmieciowymi”. To forma zatrudnienia, która w określonych warunkach jest korzystna dla obu stron, pracowników i przedsiębiorców, i może złagodzić braki osobowe na rynku pracy. Często też pracodawcy wykorzystują potencjał osób, ich wiedzę i doświadczenie, zatrudnionych na umowę o pracę w innych podmiotach, zlecając im czynności w formie umowy-zlecenia czy też wykonania dzieła. Niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego, jeżeli zatrudniam pracownika w formie umowy o pracę i chcę podjąć z nim współpracę w formie umowy cywilnej w innym zakresie, w podmiocie ode mnie zależnym, to takie działanie jest poczytywane przez niektórych urzędników jako niezgodne z prawem. Takie podejście pozbawia możliwości pozyskania dodatkowego dochodu, godzi w swobody obywatelskie i wolność wyboru. Odnoszę wrażenie, że organy, przyjmując taki sposób rozumowania, w pogoni za iluzorycznym i wymuszonym pozyskaniem środków do budżetu, w konsekwencji ograniczają rozwój gospodarki. To działanie krótkowzroczne i nastawione na krótkotrwały efekt, a w długoterminowej perspektywie szkodzi nam wszystkim.

Z owoców wzrostu gospodarczego w coraz większym stopniu korzysta państwo, nie pracownicy. Osoba zarabiająca 2237 zł netto kosztuje pracodawcę 3761 zł

Ekonomiści coraz częściej wskazują na potrzebę ponownego – stopniowego – wydłużania wieku emerytalnego w Polsce. W wielu krajach wynosi on 67 lat, czasem 70 lat.

Alternatywną jest wzrost produktywności przedsiębiorstw – tu niezbędne są inwestycje. Dlatego rządzący powinni zapewnić przewidywalną politykę gospodarczą, która zachęci do inwestycji.

Poziom inwestycji utrzymuje się na bardzo niskim poziomie, ok. 20 proc. PKB, gdy w Czechach – ponad 25 proc., a w państwach, które się szybko rozwijały, ok. 30 proc. PKB .

Jeżeli nie będzie inwestycji w nowe technologie i maszyny, to w obliczu rosnących kosztów wynagrodzeń, przy niskiej produktywności, nasze firmy przegrają konkurencję z zagranicznymi.

Może czas pomyśleć o zmianie czy też uelastycznieniu stawek amortyzacyjnych? W dobie dynamicznego rozwoju technologii urządzenia i linie technologiczne starzeją się szybko. Przedsiębiorca, zamiast myśleć o innowacjach i nowych inwestycjach, łata dziury, aby pokryć amortyzację i wypracować jakikolwiek zysk. Jeżeli nie stworzymy systemu preferującego unowocześnienie i wymianę parku maszynowego, nie mamy szans.

Jednym z czynników ściśle związanych z wydajnością są innowacje. Są kosztowne i często wymagają podejmowania wielu prób w celu uzyskania sukcesu komercyjnego, bez gwarancji, że go osiągniemy. Pomocne są dotacje i środki pozyskiwane z programów UE. Niestety dość często zdarza się, że eksperci oceniający specjalistyczne wnioski ze względu na brak wiedzy na wszelki wypadek stawiają ocenę negatywną. Spotkałam się z tak absurdalnymi opiniami, że trudno byłoby nawet z nimi polemizować, ale formalnie projekt upada, a zniechęcony przedsiębiorca nie podejmuje dalszych kroków.

Nie lepiej przedstawia się sprawa finansowania nowatorskich projektów w bankach. Kilkanaście lat temu nasza spółka wprowadzała na rynek membranę wysokoparoprzepuszczalną, która w tej technologii nie była jeszcze produkowana na świecie. Wymagało to zakupu unikatowej linii technologicznej, która została wyceniona przez dział ryzyka bankowego na... zero złotych.

Podwyżka płac, w tym płacy minimalnej, musi być powiązana ze wzrostem wydajności pracy. Inaczej polskie produkty i usługi staną się mniej konkurencyjne, osłabnie eksport, nasili się import i narazimy się na kryzys i bezrobocie.

A są jeszcze rosnące koszty pozapłacowe. Podatek od dochodu z pracy w państwach OECD spada od trzech lat. U nas klin podatkowy rośnie siódmy rok z rzędu. Największym problemem są jednak wysokie składki na ubezpieczenie społeczne, wynoszą 29,63 proc. całkowitych kosztów pracy, gdy średnia w OECD to 22,55 proc. Niepokojące jest i to, że tempo wzrostu pozapłacowych kosztów pracy jest większe od dynamiki wynagrodzeń. Oznacza to, że z owoców wzrostu gospodarczego w coraz większym stopniu korzysta państwo, a nie pracownicy.

Mediana wynagrodzeń wynosi 3115 zł brutto, pracownik dostaje netto 2237 zł. Łączny koszt pracy wynosi aż 3761 zł, ale tylko 59 proc. tej kwoty trafia do niego.

Mówiąc o kosztach pozapłacowych, nie sposób pominąć pracowniczego planu kapitałowego, który wejdzie w życie w 2019 r. To dodatkowe wydatki dla firm związane z opłacaniem składki, obsługą, kadrową i informatyczną systemu.

Przy czym zarządzający kapitałem są, podobnie jak OFE, uprzywilejowani. Mają pobierać wysokie wynagrodzenie, niewiele ryzykując. Nawet NBP zwracał uwagę na tę dysproporcję.

Wzrost wydajności to nie tylko kwestia lepszej organizacji pracy, wyższej motywacji, ale przede wszystkim inwestycji w nowe technologie. Światełkiem w tunelu na pobudzenie wydatków na badania i rozwój wydaje się objęcie Polski jedną wielką strefą ekonomiczną.

Jeśli wydajność mierzyć tak jak OECD wielkością PKB na godzinę pracy, jest ona wciąż o połowę niższa niż średnia w UE. Miarą świadczącą o zaangażowaniu krajów w przyszłym wzroście wydajności pracy jest też udział wydatków na badania i rozwój (B+R) w wydatkach inwestycyjnych. Według OECD udział ten wyniósł w Polsce w 2016 r. 4,04 proc., to niewielki postęp w porównaniu z rokiem 1995, kiedy wynosił on 3,6 proc. W Irlandii w 2016 r. było to aż 38,7 proc. 20 lat wcześniej tylko 6,7 proc.

Jednym z czynników wpływających na wydajność pracy jest kapitał ludzki – wykształcenie, kompetencje, wiedza i doświadczenie pracowników. Wiemy, że kształcenie to proces długotrwały i kosztowny, a przy braku powiązania z odpowiednią praktyką może się okazać nieskuteczny, wręcz bezużyteczny. Należałoby rozważyć wprowadzenie mechanizmu, w którym państwo scedowałoby część praktyczną nauki na pracodawców, którzy w zamian za ekwiwalentne ulgi czy dotacje braliby udział w szkoleniu potencjalnych pracowników. Zaledwie kilka procent polskich pracowników uczestniczy w szkoleniach finansowanych przez pracodawców (w niektórych krajach zachodnich partycypacja sięga połowy zatrudnionych!).

Niestety niewiele z powyższych zagadnień odszukać można w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju przedstawionego przez premiera Mateusza Morawieckiego w 2016 r. Terminu „wydajność pracy” nie znajdziemy tam w ogóle. W planie premiera pojawia się jednak inny ważny punkt: innowacyjność, co może okazać się niezbędne, by wzmocnienie przemysłu przełożyło się na wyraźnie wyższą wydajność całej gospodarki.