- Staliśmy się łakomym kąskiem z niską wyceną, ale za to z gigantycznymi perspektywami, zamówieniami i gotowym, pełnym programem produkcyjnym - mówi w wywiadzie dla DGP Karol Zarajczyk, prezes Ursusa.
31 sierpnia walne zgromadzenie Ursusa. Na tapecie przede wszystkim podwyższenie kapitału bez prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy. Czyli?
Karol Zarajczyk: To pozwala nam ominąć prospekt emisyjny. W naszym wypadku to wyścig z czasem, bo brakuje pieniędzy; możemy to zrobić w dwa miesiące. Chodzi o ok. 15 mln zł. Możemy złożyć ofertę maksymalnie do 149 podmiotów, ale nie będzie ich tyle. Mamy rozeznanie, kto jest tym zainteresowany. Podmioty z grupy też się mogą zgłosić. Chcemy natomiast utrzymać statutową kontrolę w spółce. Z niej nie rezygnujemy.
Reklama
Wasza sytuacja finansowa jest fatalna. Tonący brzytwy się chwyta?
Karol Zarajczyk: Blisko. Ale ta brzytwa na razie jest tępa. Mamy sytuację, w której rolnicy nie kupują maszyn, bo nie rozdzielono środków krajowych m.in. z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Choć minister rolnictwa obiecał poprawę, efekty są możliwe w przyszłym roku. Na koncie mamy bardzo duże inwestycje w elektromobilność. Przecież autobusy w Ursusie są produkowane bez inwestora, za środki spółki matki. Do tego mamy przyhamowane inwestycje w Afryce, m.in. wciąż nierozstrzygniętą sprawę z kredytem na 100 mln dolarów w Zambii, co spowodowało, że banki zaczęły się bacznie przyglądać naszym sprawozdaniom finansowym i uznały, że nasze przychody nie są zadowalające w porównaniu do akcji kredytowej. Dlatego ostatnie dziewięć miesięcy to spłacanie kredytów, przy czym na krótkoterminowych spłaciliśmy już ok. 30 mln zł ze 120 mln, które mieliśmy do dyspozycji na koniec 2017 r. W naszej ocenie również jeden z banków zaczął wspierać tanie, wrogie przejęcie, dla podmiotu, który ma ochotę wejść na skróty w elektromobilność. Staliśmy się łakomym kąskiem z niską wyceną, ale za to z gigantycznymi perspektywami, zamówieniami i gotowym pełnym programem produkcyjnym. Strategia jest prosta: doprowadzić pośrednio do jak największych problemów i zmusić głównego akcjonariusza do krytycznych decyzji. Dlatego zdecydowaliśmy się zaoferować naszym dostawcom i kooperantom akcje, w ramach naszych zobowiązań, by poprawić płynność.

Reklama
Niewątpliwie na sytuację spółki wpływ miał duży kredyt przyznany dla Ursus Bus przez BGK, który bardzo nam pomógł w dynamicznym rozwoju części autobusowej. Spółka, która jest tak naprawdę start-upem, dostała 100 mln zł kredytu krótkoterminowego, czyli drugie tyle, co posiadała spółka matka. Dlatego w bankach wszystkie skonsolidowane wskaźniki poszły w dół i alerty zaświeciły się na czerwono.
Stąd ich reakcja?
Karol Zarajczyk: Niewątpliwie. Ale gdyby sytuacja z ciągnikami na rynku krajowym była dobra i nie byłoby problemów z kredytami OECD w Zambii i Tanzanii, nie byłoby też aż takiego problemu z bankami. A przynajmniej ich reakcja nie byłaby tak agresywna, jak w sytuacji, gdy nałożyło się kilka czynników.
W ubiegłym roku na targach Hannover Messe, których Polska była partnerem, autobusy Ursusa były przedstawiane jako wielki sukces. Jeździła nimi ówczesna premier Beata Szydło oraz kanclerz Niemiec Angela Merkel. Co poszło nie tak?
Karol Zarajczyk: Ależ wszystko poszło tak! W zeszłym roku spółka Ursus Bus miała 10 mln zł przychodów, a w tym będzie miała 180 mln zł. Teraz mieliśmy dostawę 15 osiemnastometrowych trolejbusów z autonomicznym napędem bateryjnym do Lublina, co jest dla nas przełomową sprawą, bo stworzyliśmy największy pojazd komunikacji publicznej w historii. W międzyczasie realizujemy dostawę również do Lublina 18 autobusów diesli. Dostarczyliśmy autobusy elektryczne do Środy Śląskiej. Zielona Góra odebrała właśnie dwa pierwsze, a w przyszłym tygodniu kolejne 3 z 47 zamówionych autobusów elektrycznych, które mamy dostarczyć do listopada. Po drodze mamy trzy do Szczecinka i 10 do Katowic, a w ostatnich przetargach złożyliśmy najkorzystniejsze oferty na kolejne 23 autobusy elektryczne. Szykujemy się do startu w przetargach zagranicznych. We wtorek zostały ogłoszone warunki programu rządowego eBus, którego budżet został oszacowany na 2,3 mld zł. Z pewnością powalczymy o znaczny udział w tym rządowo-samorządowym zamówieniu. To obraz spółki, która na dobrą sprawę działa od zeszłego roku. Wygrywamy z Solarisem i Volvo w bezpośrednim starciu na elektryki.
A macie moce przerobowe, by realizować te kontrakty? Przecież to pachnie wielkimi opóźnieniami.
Karol Zarajczyk: Opóźnienia są, inni producenci też je mają, wszyscy borykamy się z tym samym problemem. Ale nasza spółka powstała w 2017 r. Taki szybki wzrost nie odbywa się bezkolizyjnie. Mamy kłopoty z siłą roboczą, choć na ścianie wschodniej nie jest jeszcze aż tak źle. Ale to pierwszy rok operacyjnego działania spółki. Opóźnienia więc będą i za rok, i za dwa lata. Nic zaskakującego, jeśli inne firmy też je mają po 20 latach działalności. Celujemy w 500 autobusów rocznie w ciągu 4 lat.
Andrzej Zarajczyk: Ale najważniejsze, że mamy zainteresowanie partnerów, którzy w programie autobusów wodorowych chcieliby powiększać nasz potencjał. Nasz autobus wodorowy przejdzie testy w firmie holenderskiej, która będzie nam płacić przez rok za wynajem. Mamy partnerów, którzy chcieliby w oparciu o naszą dokumentację rozbudować moce produkcyjne w innych miejscach. Mówimy tu m.in. o terenach nieczynnej kopalni Krupiński. Współpracę w tym kontekście rozważa Jastrzębska Spółka Węglowa, z którą żywo dyskutujemy. Chodzi o budowę drugiego oddziału naszej fabryki.
Skoro jest tak dobrze, to skąd docierające do DGP informacje o tym, że mielibyście sprzedać spółkę Ursus Bus?
Karol Zarajczyk: Ponieważ musimy. Ze względu na sytuację spółki matki. Banki ograniczają swoją akcję kredytową wobec spółki matki, a to są naczynia połączone. Któreś z aktywów trzeba ratować. Dziś nikt nie kupi traktorowego Ursusa, który jest zaangażowany w kredyty pomocowe OECD. MSZ i MF niejasno wyrażają swoje zdanie, nieznana jest przyszłość tego instrumentu finansowania eksportu. Borykamy się z zatorami płatniczymi w Tanzanii. Do tego rynek traktorów w Polsce w 2012 r. wynosił 19 tys. sztuk, w 2015 r. 13 tys., a w tym roku skończy się może na 6 tys.
Chcecie całkowicie wyjść z Ursus Busa?
Andrzej Zarajczyk: Są dwa warianty. Albo sprzedaż 100 proc. udziałów, albo pozyskanie partnera. Niekoniecznie mniejszościowego i niekoniecznie polskiego. Finalnych decyzji należy się spodziewać niebawem, na pewno w tym roku.
Karol Zarajczyk: Wolelibyśmy pozyskać partnera, bo ten projekt jest przyszłościowy, wierzymy w niego. Chodzi nam o jak najlepsze autobusy i o to, by spółka wypłacała w przyszłości dywidendę matce oraz inwestorom. Wiele podmiotów, zwłaszcza zagranicznych, było zainteresowanych Solarisem i te, które odpadły, przyszły dziś do nas. Rozmowy trwają.
W Hanowerze pokazaliście też elektrycznego dostawczaka. Co się z nim dzieje?
Karol Zarajczyk: Został zaparkowany, w cudzysłowie. W Lublinie jednak jeździ, jest intensywnie testowany i w miarę możliwości finansowych rozwijany. Prototyp jeżdżący po Lubelszczyźnie ma kabinę opartą na szkielecie dawnego Lublina. Ona spełnia wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Spełniamy wszystkie normy europejskie, co kosztowało dziesiątki milionów euro. Kabina dostawcza musi spełniać zupełnie inne normy niż autobus. Polska motoryzacja leży.
Andrzej Zarajczyk: Mamy w tej chwili wysyp firm, które pokazują fałszywe w moim przekonaniu projekty związane z budową samochodu dostawczego. To trochę jak w latach 80. XX w. z osinobusem, czyli autobusem z przerobionej ciężarówki star, w której spaliny dostawały się do wnętrza. Dziś niektórzy proponują obcięcie tylnej części ośmiometrowego autobusu, by otrzymać dostawczaka, a to tak nie działa. Fantasmagoria. Rozwiążemy problem, sprzedając Ursus Busa, tylko czy naprawdę o to chodzi?
Przecież elektromobilność to sztandarowe hasło premiera Mateusza Morawieckiego.
Karol Zarajczyk: Polski Fundusz Rozwoju nie chciał z nami rozmawiać, ponieważ chciał kupić Solarisa. Tak się nie stało, bo kupili Hiszpanie.
Pisaliśmy w DGP o porozumieniu Ursusa z rolnikami z Dolnego Śląska w sprawie budowy biogazowni na terenach rolniczych objętych działalnością KGHM Polska Miedź. Na tym terenie są bardzo wysokie stężenia toksycznego arsenu. Projekt, którego jesteście stroną, zakłada, by płody rolne nie trafiały na stół, a do pieca. To realne przedsięwzięcie?
Andrzej Zarajczyk: Opisana przez państwa sprawa wysokich stężeń arsenu na tych terenach jest ogromnie ważna. Chcemy być współautorem koncepcji wyjścia z tej paskudnej sytuacji. Arsen to wizerunkowe szkody dla rolnictwa w ogóle. Ale faza projektu jest wstępna, choć mamy narzędzia do wprowadzenia alternatywnych upraw rolnych. Ale za budowę biogazowni powinien zapłacić KGHM. Mamy w planie spotkanie z nowym zarządem, tym projektem jest zainteresowany minister rolnictwa.