Czy ma Pan pomysł na obniżenie cen gazu w Polsce?

Kluczem do zmiany cen tego surowca jest jednoczesna realizacja dwóch celów. Jeden to zwiększenie wydobycia gazu z własnych źródeł, drugi to arbitraż z Gazpromem w sprawie zmniejszenia cen gazu, który od nich kupujemy. Ta ostatnia ścieżka daje największą szansę na uzyskanie normalnej ceny dla polskiego odbiorcy w krótkim czasie. Ceny gazu to dzisiaj dylemat całej Europy, która zapomniała o tym, że podstawą konkurencyjności gospodarki jest dostęp do taniego paliwa.

Normalnej, czyli jakiej? Mniejszej o 15 , 20 czy 40 proc. od obecnych?

Normalnej, czyli rynkowej. To znaczy porównywalnej z cenami w Europie Zachodniej.

Kiedy będzie finał arbitrażu?

To proces złożony, zależny od niezawisłego sądu. Znając wagę sprawy, nie spodziewam się, by decyzja była szybciej niż pod koniec roku.

Może lepiej porozumieć się szybciej.

Polska propozycja została przedstawiona 20 lutego we wniosku skierowanym do sądu arbitrażowego i nie zakładamy innych opcji. Uważamy, że to uczciwa oferta, która może zbliżyć naszą cenę do cen rynkowych.

Rosjanie spuszczają z tonu?

Rozmowy się toczą, choć w międzyczasie doszło do porozumienia z wieloma spółkami, np. w styczniu tego roku Bułgaria uzyskała jedenastoprocentową obniżkę ceny gazu do końca 2012 r. Polska spółka jest w grupie czterech europejskich podmiotów, które nie składają broni i kontynuują procedurę arbitrażową. Mamy mocne argumenty, proces jest i będzie kontynuowany.

A druga ścieżka na ile jest realna?

Drugi czynnik to zwiększenie własnego wydobycia. To daje najwięcej możliwości obniżenia ceny, gdyż to najtańszy sposób pozyskiwania gazu. Wydobycie połączone z konkurencją na polskim rynku gazowym da realne szanse na niższe ceny.

Tak. Tylko że jeszcze niedawno prawie każdy czuł się niemal współwłaścicielem łupków, a teraz Państwowy Instytut Geologiczny swoim raportem spuścił powietrze z balonu. Wstępnie nasze zasoby to nie 5 bln metrów sześciennych, ale od 350 do 768 mld metrów sześciennych. To koniec łupkowego eldorado?

Ocena oparta na teorii i wynikach odwiertów sprzed kilkudziesięciu lat nigdy nie będzie w 100 procentach pełna i wiarygodna.

Czyli zasoby mogą być większe? Kiedy się o tym dowiemy?

Wolę poczekać na odwierty i rezultaty szczelinowania, by przekonać się, ile gazu łupkowego możemy w Polsce wydobywać. Na to potrzeba co najmniej roku. Dopiero wtedy będziemy mieć bardziej wiarygodne informacje o faktycznych zasobach tego gazu w Polsce. Myślę, że zasoby są większe, niż szacuje instytut. Na ten moment nie ma wątpliwości – obecność gazu łupkowego została w Polsce jednoznacznie potwierdzona. Wiemy też, że w łupkach jest ropa naftowa. Teraz trzeba tylko określić wielkość złóż.

A jeśli potwierdzi się szacunek instytutu, że tego gazu jest sporo mniej, to nadal gra warta świeczki?

Jeśli mówimy, że obecnie w Polsce mamy zasoby gazu konwencjonalnego na poziomie 90 mld metrów sześciennych, a instytut mówi o 700 mld metrów sześciennych łupkowego, to na pewno warto sięgnąć po taką ilość.

A kiedy wydobycie z łupków faktycznie zacznie wpływać na cenę gazu?

Taki efekt cenowy mogą dać połączone efekty arbitrażu i zwiększone wydobycie krajowego surowca, co może mieć przełożenie na cenę w okolicach 2015 czy 2016 roku. Wtedy jest szansa na pierwsze rezultaty dzisiejszych wysiłków.

A złoża konwencjonalne gazu ziemnego mogą być większe?

Odpowiedź na to pytanie leży sześć kilometrów pod ziemią w okolicach Kutna. Tam są szanse na duże złoże. Na obecnym etapie jesteśmy na głębokości 4,5 km. Na razie wydobycie z własnych złóż jest na poziomie 4,5 mld metrów sześciennych. Kolejny projekt zostanie zamknięty za dwa miesiące i wydobycie się zwiększy. Podobnie jak w przypadku gazu łupkowego, musimy po prostu więcej wiercić.

Jak duża jest przestrzeń do wydobycia gazu? Czy jeśli zacznie się wydobycie, nie okaże się, że wliczając kontrakt rosyjski, mamy go za dużo?

Zużycie gazu w Polsce będzie rosło. W tej chwili zużywamy nieco ponad 14 mld metrów sześciennych gazu, w okolicach 2017 r. będziemy potrzebowali od 3 do 4 mld więcej. Otwiera się już rynek w sektorze energetycznym, budujemy terminal LNG i interkonektory, będą budowane elektrownie gazowe. Lepiej, by były opalane surowcem z polskich złóż niż z zagranicy.

Gaz to jeden priorytet resortu. Drugi, bardziej tradycyjny, to prywatyzacja. W ciągu dwóch lat ma dać budżetowi 15 mld zł. Czy ta prywatyzacja różni się od tej z zeszłej kadencji?

Mamy precyzyjny plan. Pozostanie ok. 50 spółek do nadzorowania po zakończeniu procesu. Reszta jest w trakcie prywatyzacji. To ściśle określony cel, do którego zmierzamy. Po drugie, nie odkładamy żadnej prywatyzacji na później. Uruchamiamy wszystkie procesy prywatyzacyjne. Uważamy, że nie ma na co czekać. Pieniędzy na polskim rynku może być wystarczająca ilość, by inwestorzy zainteresowali się prywatyzacją branżową.

Trzeci element to ofensywne podejście do promocji prywatyzacji. W przypadku prywatyzacji branżowej jest nastawione nie tyle na zwiększenie przychodów dla skarbu państwa, ile na szukanie szansy na pozyskanie dobrych inwestorów strategicznych dla spółek. Dlatego organizujemy kampanię roadshow, czyli objazd wszystkich regionów, spotkania z izbami gospodarczymi i inwestorami, którym będziemy przedstawiali ofertę 25 branż.

Które spółki na pierwszy ogień?

Chociażby kopalnie Konin i Adamów, cały sektor metalowy i maszynowy, sektor rolniczy, turystyczny czy Grupa PHN.

Czyli to nadrabianie zaległości z tamtej kadencji?

Ja bym nie nazwał tego zaległościami. Każdy minister ma swój kalendarz prac i sposób działania. Ja chcę ze swoją ofertą pojechać do klienta, który znajduje się gdzieś w Polsce.

A istnieje jeszcze coś takiego jak koncepcja narodowych czempionów?

Preferuję określenie liderzy polskiej gospodarki. To głównie nasze firmy, które lokują się w indeksie największych spółek WIG 20.

Jeśli program się uda i w gestii państwa zostanie tylko 50 spółek, to wystarczy to, by uzasadnić istnienie Pana resortu?

Myślę, że to na tyle dużo firm, że jeśli mają być zarządzane zgodnie z najwyższymi standardami nadzoru właścicielskiego, to pracy nadal będzie sporo.