● Mija piąta rocznica wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Jak pan poseł ocenia bilans zysków i strat?

– Ważniejsze od mojej oceny są publiczne sondaże, dokumentujące wysokie zaufanie do Unii Europejskiej. Polacy w ponad 60 procentach są zadowoleni, że trafili do przystani bezpieczeństwa, jaką jest NATO, a potem do Unii, która jest szansą cywilizacyjną. Nie sprowadza się to tylko do pieniędzy, chociaż liczne tablice z gwiazdkami, sygnalizujące udział unijnych funduszy w sfinansowaniu lokalnych inwestycji, najmocniej działają na zbiorową wyobraźnię. Niestety zadowolenie z członkostwa nie przekłada się na gotowość do brania udziału w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

● Procedury uchwalania prawa unijnego są zbyt długie, a kazuistyka rozporządzeń wprost śmieszna. Czy nie warto uprościć procedur legislacyjnych?

– Układ instytucjonalny Unii Europejskiej jest unikalny w skali światowej. Skomplikowany trójkąt decyzyjny, składający się z Komisji Europejskiej, Rady i Parlamentu powoduje, że procedury się wydłużają w porównaniu z legislacją narodową. To jest cena, jaką płaci się za międzynarodową platformę współpracy, która czerpie legitymację z uprawnień delegowanych przez państwa członkowskie. Mnie za bardzo nie martwi przewlekłość tych procesów, gdyż uważam, że Unia jest przeregulowana. Podzielam opinię jednego z komisarzy – Guentera Verheugena, który próbuje w sferze gospodarczej upraszczać i eliminować zbędne przepisy.

● W jakiej sferze te przepisy są najbardziej przeregulowane?

– Unia jest nadwrażliwa ponad zdrowy rozsądek w ochronie praw konsumenta, a także w kwestiach ekologicznych. Wręcz łatwa do ośmieszenia. Traktat lizboński upraszczający procedury jest ciągle niewiadomą. Niezależnie od tego, nie spodziewam się, aby ten skomplikowany mechanizm można było zasadniczo usprawnić. Taka jest natura uzgodnień w gronie 27 krajów.

● Kwestia suwerenności Polski nadal jest dyskutowana. Świadczy o tym choćby wniosek prezydenta skierowany do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie pytań skierowanych do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Zgodzi się pan, że Polska utraciła suwerenność?

– Polska i inne kraje dobrowolnie delegowały część suwerenności na szczebel wspólnotowy w nadziei na wspólne korzyści. Unia Europejska nie ma samoistnych kompetencji. Tylko tyle i aż tyle. Taki model współpracy jest wnioskiem z XIX- i XX-wiecznej historii Europy. Postrzegany jest z zazdrością przez inne kontynenty. Styk konstytucji narodowej i prawa wspólnotowego rodzi i będzie rodził napięcia. Nie tylko w Polsce. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe zmaga się z kwestią zgodności traktatu lizbońskiego z niemiecką ustawą zasadniczą. Dobrowolne przenoszenie części suwerenności na poziom ponadnarodowy jest drogą prób i błędów, szczególnie dla krajów, które niedawno odzyskały swoją pełną niepodległość. To jest i będzie kwestia drażliwa oraz pokusa dla eurosceptyków, by ją wykorzystać w krajowych porachunkach politycznych.

● Jak się przedstawia niezawisłość sędziów Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, których mianuje minister spraw zagranicznych danego państwa?

– Wytypowanych przez ministra kandydatów na sędziów czeka podobna droga jak komisarzy unijnych – czyli próba zdystansowania się do swego rodowodu narodowego i myślenie kategoriami prawa wspólnotowego. Sędziowie nie reprezentują swoich państw, są strażnikami prawa wspólnotowego. Na szczęście mieliśmy trafnie wybranych kandydatów. Profesor Makarczyk zyskał sobie autorytet i nie mam wątpliwości, iż podobnie będzie z jego następcą, profesor Safjanem.

● Jakie ma pan doświadczenia w kontaktach z ETS?

– Przyglądałem się Trybunałowi od strony budżetowej, bo taka jest moja rola. Byłem surowym sędzią planów inwestycyjnych, związanych z nową siedzibą (zwaną pałacem sprawiedliwości), a także apetytu na nowe etaty. Iskrzyło więc niekiedy. Rozumiem jednak, że wdrażana tam przyspieszona, uproszczona procedura orzekania wymaga istotnego zasilenia kadrowego.