Tegoroczne zyski banków będą prawdopodobnie rekordowe i mogą być też proponowane rekordowe dywidendy. Czy nadzór finansowy będzie chciał ograniczyć wypłatę dywidendy i wypływ tych pieniędzy za granicę?

- Po trzech kwartałach łączne zyski banków przekroczyły 12 mld zł, ale IV kwartał może nie być już tak korzystny. Chociaż ocena całego roku dla sektora bankowego na pewno wypadnie zadowalająco, banki muszą przygotować się na trudny 2009 rok. W związku z tym powinny rozważyć możliwie największe wzmocnienie kapitałowe, co będzie podstawą bezpieczeństwa i stabilności ich funkcjonowania w nadchodzącym okresie. Oczywiście mamy określony przez Bazyleę II 8-procentowy współczynnik wypłacalności banków, ale uważamy, że w obecnej sytuacji powinien wynosić on nie mniej niż 11 proc. Jeśli jednak bank przyjmuje agresywną strategię rozwoju, powinien rozważyć zwiększenie kapitału, żeby zwiększyć własne bezpieczeństwo. Już teraz kilka dużych banków zadeklarowało, że w tym roku nie wypłaci dywidendy, chcąc wzmocnić swoją pozycję kapitałową i mają na uwadze obecne i przyszłe warunki ekonomiczne.

Ale co zrobi KNF, jeśli banki będą jednak chciały transferować zyski za granicę?

- Trzeba mieć świadomość, że dywidendą z polskiej spółki-córki nie da się uratować, a nawet wspomóc banku-matki. To potężne instytucje, które w razie problemów potrzebują systemowego wsparcia. Do tej pory nie mieliśmy żadnego sygnału o tzw. transferach. Przeciwnie - pojawiły się deklaracje od kilku zagranicznych właścicieli o wsparciu polskich podmiotów. Odpowiedzialność za wypłatę dywidendy, która zagrażałaby stabilności banku, ponoszą w pierwszej kolejności zarząd i rada nadzorcza banku. Oczekujemy, że będą one odpowiedzialne, czyli zgodnie z polskim prawem będą ważyć potencjalne ryzyka związane z sytuacją gospodarczą w Polsce. Jeżeli w wyniku błędnych decyzji zostanie zaburzona stabilność banku, nadzór będzie wymagał szczegółowych wyjaśnień ze strony zarządu. Warto pamiętać, że w najbliższych latach niepewność co do zdarzeń gospodarczych będzie wzmożona.

Mamy kryzys finansowy, który coraz bardziej wpływa na realną gospodarkę. Pojawiają się głosy, że w tej trudnej sytuacji nadzór bankowy chce ograniczyć akcję kredytową przez nowe rekomendacje. Czy nadzór rzeczywiście ma takie intencje?

- Główną przyczyną spowolnienia w kredytowaniu jest wpływ negatywnych zjawisk na światowych rynkach i wzrost niepewności na rynku finansowym. Nadzór w żaden sposób nie może zachęcać banków do tego, by podejmowały ryzyko wyższe niż to, na które samodzielnie się decydują. Nie możemy przecież nakazać bankom, żeby prowadziły działalność w sposób bardziej ryzykowny. Poza tym nasza rekomendacja T jest dopiero na etapie prac roboczych. Jest konsultowana w środowisku bankowym. Będzie konsultowana z rządem. Nadzór nie zamierza nikogo zaskakiwać. Trzeba jednak wyjaśnić, że rekomendacja T nie dotyczy kredytów dla przedsiębiorstw, chociaż słyszymy, że banki zakręciły kurek z kredytami dla firm w związku z tą rekomendacją. Być może dla własnej wygody próbują one przerzucić swoją odpowiedzialność za decyzje kredytowe na nadzór bankowy.

W Polsce nie było takiej sytuacji, jak w USA, gdzie kredyt dostawał niemal każdy zainteresowany. Banki bardzo dokładnie sprawdzały kredytobiorców i w efekcie mamy najmniejszy w historii odsetek złych kredytów. Dlaczego więc, mimo że spłacamy kredyty bardzo sumienie, banki zaostrzają kryteria i domagają się dodatkowych zabezpieczeń?

- To prawda. Nasze banki zdecydowanie ostrożniej badały zdolność kredytową swoich klientów. Dzięki temu w III kwartale tego roku polski sektor bankowy osiągnął rekordowo niski poziom kredytów zagrożonych, który wyniósł około 4,4 proc. Jednak główna część boomu kredytowego, zwłaszcza w obszarze kredytów hipotecznych, przypada na lata doskonałej koniunktury. Tymczasem sytuacja gospodarcza zmienia się, a my, jako nadzór, musimy patrzeć w przyszłość. Dlatego uważamy, że banki powinny rzetelniej niż dotychczas oceniać zdolność klienta do spłaty rat kredytów, zapewnić obiektywizm tej oceny, oprzeć ją na zewnętrznych bazach danych. Taka obiektywna ocena leży także w interesie klientów, aby nieświadomi wszystkich ryzyk wynikających ze zmian w gospodarce nie zadłużali się ponad swoje możliwości. Banki mogą domagać się większego zabezpieczenia przede wszystkim ze względu na spodziewany spadek wartości nieruchomości spowodowany zaburzeniami na rynkach.

Czy decyzje o zaostrzeniu polityki kredytowej podjęto w bankach samodzielnie, czy też jest to skutek decyzji zagranicznych właścicieli?

- Zgodnie z polskim prawem zarządy polskich banków odpowiadają za własne decyzje i zarządzanie ryzykiem. Do tej pory nie mieliśmy sygnałów od poszczególnych banków o naciskach zagranicznych właścicieli w tej sprawie. Zarządy banków deklarują nadzorowi, że ograniczeń kredytowych dokonali bez jakiejkolwiek presji z zagranicy.

Jednak to zaskakujące, że nasze banki, o których się mówi, że są silne i zdrowe, ograniczają akcję kredytową w złotych. Owszem, mają problemy z pozyskiwaniem walut, ale kredytami w polskiej walucie teoretycznie nie powinno być żadnych problemów.

- Nadzór nie będzie wyręczał banków w ocenie ryzyka. Nie jesteśmy od tego, by zachęcać do udzielania kredytów. Jeżeli bank podjąłby się wyższego ryzyka, opierając się na naszych sugestiach, i pojawiłyby się problemy, to kto by poniósł konsekwencje błędnych decyzji kredytowych? Nadzór jest przede wszystkim odpowiedzialny za bezpieczeństwo depozytów. Pamiętajmy, że banki nie prowadzą ekspansji kredytowej za własne pieniądze, tylko za pieniądze ludzi, którzy gromadzą je właśnie w depozytach, oraz przedsiębiorców, których depozyty nie są gwarantowane.

Podobno polskie firmy straciły co najmniej 5 mld zł, nieumiejętnie zabezpieczając się przed ryzykiem walutowym, czyli kupując opcje walutowe. Czy banki, proponując firmom takie instrumenty, złamały prawo?

- Eksporterzy w naturalny sposób są narażeni na ryzyko walutowe, więc nic dziwnego, że firmy zabezpieczały się przed tym instrumentami pochodnymi. Łączna kwota odpisów/strat banków nie powinna przekroczyć 10-15 proc. kwoty negatywnej dla klientów wyceny transakcji opcyjnych, wstępnie szacowanej na około 5,5 mld zł, przy założeniu utrzymania obecnego poziomu kursów walut obcych. Nie oznacza to jednak rzeczywistych strat przedsiębiorstw w tej samej wielkości, ponieważ duża część zobowiązań zostanie pokryta zwiększonymi przychodami firm z realnych, wyrażonych w walutach obcych, transakcji. Zdarzały się również podmioty, które spekulowały na tym rynku. Tymczasem dla firm, które nie zajmują się działalnością finansową, opcje nie powinny być traktowane jako maszynka do zarabiania pieniędzy. Odpowiedzialność za narażanie się na zbyt duże ryzyko i ewentualne straty spoczywa na zarządach spółek i może być podstawą do ich rozliczenia przez właścicieli. W przypadku spółek akcyjnych notowanych na giełdzie zachęciliśmy zarządy tych firm, aby w ramach obowiązków informacyjnych informowały akcjonariuszy o sytuacji. Nie możemy jednak zakazać lub nakazać stosowania wybranych instrumentów finansowych.

• STANISŁAW KLUZA

przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej. Główny ekonomista i doradca prezesa BGŻ, następnie wiceminister finansów w rządzie K. Marcinkiewicza i w 2006 roku minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego