Kilka, góra kilkanaście tysięcy złotych – tyle otrzymują obecnie Polacy, którzy postanowili kiedyś, w poprzednim ustroju, odkładać na mieszkanie. Własnego M nie otrzymali. A teraz, zgodnie z prawem, dostają niewielką część tego, co gromadzili na książeczkach mieszkaniowych.

W 1990 r. została bowiem uchwalona nowelizacja kodeksu cywilnego (Dz.U. z 1990 r. nr 55, poz. 321). A w niej art. 13, zgodnie z którym waloryzacji nie podlegają kredyty bankowe oraz kwoty zdeponowane na rachunkach bankowych. W następnych latach Sąd Najwyższy oceniał kilkakrotnie, czy przepis ten należy stosować również do książeczek mieszkaniowych. I z orzeczeń wynikało, że tak.

Innego zdania są jednak przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości. Twierdzą bowiem, że w praktyce pozbawiono obywateli pieniędzy, które skwapliwie odkładali, a teraz oferuje się im jedynie jałmużnę. W efekcie do Trybunału Konstytucyjnego jeszcze przed wyborami trafił wniosek posłów PiS zarzucający niekonstytucyjność nowelizacji z 1990 r. Ich zdaniem regulacja nie jest zgodna z poczuciem sprawiedliwości społecznej, spowodowała nierówne traktowanie obywateli, doprowadziła w zasadzie do wywłaszczenia milionów Polaków, a także narusza prawo do wynagrodzenia szkody jaka została wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej.

– Cieszymy się, że ktoś wreszcie zajął się naszą sprawą. Liczymy, że przedstawiciele PiS dotrzymają słowa i doprowadzą ją do końca. Tak nam obiecywał przecież jeszcze przed objęciem urzędu prezydenta pan Andrzej Duda – mówi Andrzej Kubasiak, prezes Krajowego Stowarzyszenia Posiadaczy Książeczek Mieszkaniowych PKO BP z lat 1970–1989.

Wypłata w miliardach

Wypłata w miliardach

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Prezes Kubasiak szacuje, że orzeczenie TK uznające, iż książeczki mieszkaniowe powinny podlegać waloryzacji, kosztowałoby Skarb Państwa ok. 120 mld zł. Ale – jak od razu dodaje – część z tych pieniędzy wróciłaby do budżetu, jako że zwiększyłaby się konsumpcja.

Strzał w stopę

Do tej pory Trybunał Konstytucyjny dość bacznie przyglądał się, jakie skutki dla budżetu może wywołać dany wyrok. Tak było choćby w sprawach związanych z reformami systemu emerytalnego. W tym zaś przypadku ciężar jest jeszcze większy.

– Trybunał Konstytucyjny ma patrzeć na to, co jest zgodne z prawem, a nie na budżet. A nikt nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że pozbawienie ludzi ich środków zgodne z prawem nie jest – twierdzi Andrzej Kubasiak.

I uzupełnia, że ludzie zakładali książeczki dopiero co narodzonym dzieciom czy wnukom.

– Po latach w majestacie prawa mówi się nam, że nic się nie należy, że wszyscy muszą ponieść pewne ciężary transformacji. To niedorzeczne! – oburza się Kubasiak.

W podobnym tonie zresztą wypowiadali się wielokrotnie politycy PiS.

– Trochę strzeliliśmy we własną stopę – komentuje jeden z posłów PiS, prawnik.

Jak jednak dodaje, trybunał powinien przede wszystkim dbać o to, aby polskie prawo było sprawiedliwe, ale nie może tego czynić w oderwaniu od realiów ekonomicznych.

Zarzuty konstytucyjne

We wniosku autorstwa PiS czytamy, że „sytuacja (gdy posiadacze otrzymują jedynie niewielką kwotę, a nie całość zgromadzonych środków, które powinny być waloryzowane – red.) nie powinna być akceptowana przez państwo polskie i jednocześnie władzę sądowniczą, ustawodawczą i wykonawczą”. I dalej, że za uznaniem, iż kwoty powinny być waloryzowane, przemawiają nie tylko argumenty słusznościowe, lecz przede wszystkim prawne.

Po pierwsze: pieniędzy odłożonych na książeczkach nie można w ogóle traktować jako środków zgromadzonych na rachunkach bankowych. A tylko do takich odwołuje się przepis z 1990 r. Powód? Posiadacze książeczek nie mogli zgromadzonymi pieniędzmi swobodnie dysponować ani wydatkować ich na inne cele niż mieszkaniowe. A założeniem przy środkach zgromadzonych na rachunkach bankowych jest to, że dostęp do nich jest swobodny.

Gdyby jednak nawet uznać, że wskazany przepis można odnosić również do książeczek, to w ocenie wnioskodawców trybunał powinien zwrócić uwagę między innymi na zasadę zaufania do państwa i stanowionego przezeń prawa, która w tym przypadku została złamana. Ludzie bowiem muszą być w stanie ocenić konsekwencje podejmowanych przez siebie działań. Gdyby więc wiedzieli, że polskie państwo ich oszuka, nie odkładaliby na własne mieszkania. Jako że gwarantowano im, że lokale otrzymają, powinni albo je otrzymać, albo przynajmniej dostać zwrot środków, który wystarczyłby teraz na nabycie lokum. I bez znaczenia – w ocenie wnioskodawców – jest to, że w międzyczasie doszło do zmiany ustrojowej. Tak jak III RP przejęła i majątek, i wiele zobowiązań po PRL, tak samo powinna poczuwać się do obowiązku także w odniesieniu do posiadaczy książeczek.

Problem dla wszystkich

Czy to wystarczy, aby przekonać trybunał?

– Choć złożony wniosek o stwierdzenie niezgodności z konstytucją przepisu dotyczącego waloryzacji sądowej wydaje się słuszny, to jednak ostateczny wynik rozstrzygnięcia jest niepewny – ostrożnie komentuje adwokat Kamil Kaliciński.

Jego zdaniem argument, jakoby wkład zgromadzony na mieszkaniowej książeczce oszczędnościowej nie stanowił kwoty zdeponowanej na rachunku bankowym, szybko upadnie. W tej sprawie bowiem kilkukrotnie wypowiadał się Sąd Najwyższy i linia orzecznicza wydaje się ukształtowana. Raczej nie można oczekiwać, by zakwestionował ją trybunał. A reszta zarzutów?

– Nie można pominąć okoliczności, która być może będzie miała kluczowe znaczenie dla rozstrzygnięcia sprawy, a mianowicie jaki wpływ wywrze ono na finanse państwa – przyznaje mec. Kaliciński. I dodaje, że oczywiście państwo winno wypełniać zobowiązania, jednakże należy też pamiętać, że celem waloryzacji nie jest pełne zaspokojenie interesu jednej strony zobowiązania kosztem drugiej, lecz równomierne rozłożenie pomiędzy obie strony skutków zmiany siły nabywczej pieniądza.

– Ostatecznie za pomyślne dla posiadaczy książeczek mieszkaniowych rozstrzygnięcie zapłacilibyśmy, i to dużo, my wszyscy, obywatele – przypomina Kaliciński.