Ceny aluminium są już najwyższe od 2008 r. Drożeją też inne materiały i komponenty. Firmy przez wysokie ceny surowców rezygnują z działania na pełnych mocach.

Na Londyńskiej Giełdzie Metali (LME) ceny aluminium przekroczyły barierę 3 tys. dol. za tonę. To pułap, którego nie osiągnęły ani razu przed poprzednim kryzysem finansowym z 2009 r. To jednocześnie wzrost o ok. 100 proc. wobec poziomu podczas ubiegłorocznego wiosennego lockdownu. Wysokie pozostają również ceny niklu, które zbliżają się do 20 tys. dol. za tonę. Przebicie tej bariery oznaczałoby zrównanie z wynikiem z 2014 r.
Eksperci wymieniają kilka powodów. – Bardzo wysokie ceny metali to w dużej mierze pochodna działań Chin, które tną produkcję, by osiągnąć zakładaną neutralność klimatyczną. Aluminium jest rekordowo drogie, bo 55 proc. produkcji odbywa się w Chinach i ponad 80 proc. powstaje przy użyciu energii elektrycznej pochodzącej z węgla. To oznacza, że na szybkie spadki nie ma co liczyć; nie zdziwiłbym się, jeśli w ciągu kolejnych lat cena aluminium oscylowałaby wokół 4 tys. dol. za tonę – mówi Jakub Szkopek, analityk BM mBanku.
Tendencji sprzyja też zauważalny na całym świecie wzrost cen energii. To sprawia, że wiele firm tnie produkcję, by zminimalizować koszty. Jak poinformował Reuters, Aldel, holenderski producent aluminium, zdecydował się na wstrzymanie produkcji co najmniej do końca roku. Podobne działania wdrożył hiszpański producent żelazostopów Ferroglobe, który we wrześniu wstrzymał pracę dwóch swoich pieców. Belgijski Nyrstar postanowił natomiast ograniczać w godzinach szczytowego poboru prądu działalność swojej holenderskiej huty cynku.
Przyczyną we wszystkich wskazanych przypadkach są ceny energii znacznie wykraczające poza próg opłacalności. Z kolei zawieszenie produkcji jeszcze bardziej winduje koszty odbiorców brakującego na rynku asortymentu. A są nimi m.in. motoryzacja, branża budowlana czy producenci AGD.
W pierwszym przypadku firmy już wcześniej ograniczały swoje moce produkcyjne. Z uwagi na brak półprzewodników dalsze ograniczanie produkcji w wybranych fabrykach ogłosiły amerykańskie koncerny na czele z Fordem i General Motors. Hamowanie dotyka jednak wszystkich graczy na rynku – w ubiegłym tygodniu należąca do niemieckiego Volkswagena Skoda ogłosiła, że od przyszłego tygodnia do końca roku wyraźnie ograniczy, a może nawet wstrzyma produkcję aut. Wcześniej podobne decyzje zaczęła wprowadzać w życie japońska Toyota.
– Czeka nas trzecia fala niedoborów w gospodarce. Niewykluczone, że będą kolejne przestoje w działalności firm, również w Polsce. Przerwane łańcuchy dostaw przekładają się na mniejszą dostępność produktów – widzimy to już na przykładzie motoryzacji czy elektroniki. Powstaje pytanie, czy brak surowców i wysokie ceny energii nie spowodują zastojów w innych branżach. Braki w sektorze chemicznym mogą przełożyć się na deficyt produktów codziennego użytku – wskazuje Jakub Szkopek.
Na światowe rolnictwo oddziałuje ograniczenie produkcji nawozów. Niemiecki BASF, wytwórca amoniaku, czyli głównego składnika nawozów azotowych, ogranicza moce w zakładach w Niemczech i Holandii. Chęć cięć zgłaszają również producenci szkła. Część przedsiębiorców znów wzywa do pomocy państwa oraz UE. O wsparcie zaapelowali do swojego rządu brytyjscy producenci. Francja i Hiszpania wezwały z kolei Komisję Europejską do działań na szczeblu unijnym.
W Polsce do dużych problemów wywołanych cenami gazu przyznaje się m.in. przemysł ceramiczny. – Nawet jeśli niektóre firmy mogą sobie pozwolić na czasowe ponoszenie strat, na pewno nie poradzą sobie z problemem braku płynności. Obecne ceny gazu oznaczają albo drastyczne podwyżki cen produktów, albo wygaszanie produkcji – mówi Mirosław Jędrzejczyk, prezes Grupy Tubądzin.
Niedobory sprawiają, że trzeba się liczyć ze spadkiem koniunktury w całym przemyśle. – Okres euforii rynkowej już za nami. W całej Europie wskaźniki PMI określające koniunkturę w przemyśle powoli zaczynają słabnąć. Obniżają się też prognozy produkcji w tym roku – zaznacza Jakub Szkopek.
Część polskich branż deklaruje, że będzie produkować do końca, choć wiąże się to z jeszcze wyższymi cenami. – To szok. Wydawało się, że już przyzwyczajamy się do wahań, które z czasem powinny się stabilizować. Tymczasem jest coraz gorzej – mówi Wojciech Konecki, prezes związku pracodawców AGD Applia i wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej (KIG).
– Ceny naszych urządzeń na pewno wzrosną jeszcze bardziej, bo w dobie tak szybko rosnących kosztów nie da się postępować inaczej. Branża tradycyjnie bierze część rosnących kosztów na siebie, by utrzymać ceny choćby ze względów marketingowych. W obliczu tak wysokiego skoku nie da się już tego zrobić – wskazuje.
Jak dodaje, na rynku jest zamieszanie. – Minione półtora roku jest szalone i wymyka się wszystkim regułom ekonomicznym. My podwyższamy ceny, a popyt rośnie. Detaliści robią zapasy, bo obawiają się braku asortymentu. To pierwsza taka sytuacja od lat, bo wcześniej zamawiali tylko to, czego potrzebują w danym momencie. Co więcej, na zapas kupują też konsumenci. Sprzyja temu m.in. wysoka inflacja – ocenia.
Jak twierdzi Jakub Szkopek, możliwe, że firmy wkrótce będą musiały liczyć się ze spadkiem popytu na swoje dobra. – Dziś martwimy się o podaż, ale lada chwila problemem może stać się popyt. Zwłaszcza że decyzje banków centralnych zmierzające do zaciskania pasa mogą być coraz ostrzejsze. Nie ma od tego ucieczki – mówi analityk BM mBanku.